Dalsza część wspomnień Moja Biała Rawska Jacka Doleckiego
Dodane przez Grzegorz dnia 14 styczeń 2011
DALSZA CZĘŚĆ WSPOMNIEŃ JACKA DOLECKIEGO



A tymczasem dookoła ...

Pamiętam, że idąc od nas koło Apteki skręcało się w prawo na Goślinki i trzeba było przechodzić koło cmentarza. Skręcając chyba przed cmentarzem w lewo, szło się do stacji kolejki wąskotorowej.
Przypominam sobie, że kilka razy musiałem iść aż na Goślinki po obierki dla kozy, ale czy to były spacery po obierki czy w innym celu, nie pamiętam. Wiele razy jeździłem z Mamą kolejką do Rawy Mazowieckiej, a kilka razy dalej do Rogowa i pociągiem do Warszawy. Mama opowiadała taką zabawną historię, że kiedyś w kolejce siedzieliśmy niedaleko dwóch żołnierzy niemieckich, którzy byli Ślązakami i mówili po polsku.
Zapytali się mnie, kogo bardziej lubię, mamusię czy tatusia. A ponieważ zajadali kiełbasę, odpowiedziałem, że najbardziej to ja lubię kiełbasę. I dostałem kawał kiełbasy. Nie chciałbym, żeby te historie wyglądały tylko na opowieści o dobrych Niemcach, ale takie też utkwiły w mojej pamięci. Pamiętam, że konduktorem w kolejce był Pan Patyk, a kolejka między Rawą, a Białą nieraz tak zwalniała, podobno celowo, że zainteresowani - jak opowiadała później Mama, zdążyli wyskoczyć do leśnej bimbrowni i wrócić.
Mam zdjęcie kolejki na stacji w Białej, na którym jestem z Mamą i panem Patykiem.



Ilustracja 22: Rok 1943/1944 - Maria i Jacek Doleccy na tle kolejki wąskotorowej w Białej Rawskiej, na peronie, przy lokomotywie stoi przodem konduktor P. Patyk

Pamiętam, że wszystko co się wydarzyło w Białej lub okolicy pozytywnego, a ze szkodą dla Niemców, przypisywano Rzeźnickiemu. Gdzieś zabito Niemca - Rzeźnicki. Gdzieś zarekwirowano jakąś kasę - to na pewno Rzeźnicki. Postraszono granatowych policjantów, komuś sprawiono lanie (podobno miało to miejsce we dworze), kogoś tam rozbrojono - to mógł zrobić tylko Rzeźnicki. Nawet my, dzieci, słyszeliśmy wszędzie Rzeźnicki, Rzeźnicki. Któregoś roku, w noc sylwestrową, witaliśmy Nowy Rok.
Impreza odbywała się w mieszkaniu p. Henryki Rychwalskiej. Było bardzo dużo ludzi, m.in. Pani Halina Kaczmarow z Hanką i Andrzejem, moja Mama ze mną i Hanką, gospodarze i wiele innych osób dorosłych i dzieci, których nie pamiętam. Dzieci miały oddzielny stół, w oddzielnym pokoju i tam się wygłupialiśmy po swojemu. Natomiast dorośli bawili się obok, w dużym pokoju, którego okna wychodziły chyba na ogród.
Pamiętam to, gdyż przez te okna wychodziliśmy nieraz wcześniej z mieszkania Pani Rychwalskiej do ogrodu, żeby nie wychodzić na podwórko, bo tam królował ogromny pies "Perkun", którego się bardzo baliśmy, a który nigdy nikomu nic złego nie zrobił. W domu panowała maleńka suczka, chyba "Zolka".
W tą sylwestrową noc, nagle otworzyły się te okna od ogrodu, był mróz, więc zrobiło się bardzo zimno i w oknach zobaczyliśmy kilkunastu mężczyzn z karabinami na piersiach, w kożuchach i czapach zimowych.
Dorośli byli chyba na to przygotowani, bo nikt się nie przestraszył. Tamci panowie pozostawali cały czas za oknem. Ściskano się, obejmowano, wymieniano życzenia i toasty. Przyjęto i wyposażono gości "czym chata bogata" i wesoło pożegnano. Na drugi dzień Mama powiedziała mi, że to był właśnie Rzeźnicki.
W tej chwili przypomniałem sobie, że taka sama sytuacja miała miejsce jeszcze jeden raz, w tym samym mieszkaniu, ale chyba z okazji Świąt Bożego Narodzenia, podczas Wigilii, bo śpiewaliśmy wspólnie kolędy.
Taka to była ta Bialsko - Rawska wolna Rzeczpospolita. Dzięki tym dzielnym ludziom z lasu i tym, którzy działali na zapleczu, narażając siebie i swoich najbliższych.

Przypominam sobie, że przez cały okres okupacji, w naszej kuchni gotował się jakiś wielki gar z praniem. Podczas zdejmowania tego gara z kuchni, kazano mi wychodzić, żebym się nie poparzył. Potem pranie z tego gara zanosiliśmy na strych. A następnie, już suche, było ładowane do specjalnej torby i ja siedziałem w bramie na tej torbie, czekając na odbiór. Zjawiał się jakiś Pan - zawsze wieczorem - zabierał bez słowa torbę z praniem i pozostawiał mi inna torbę z brudami. I proces się powtarzał. Byłem przekonany, że w ten sposób sobie dorabiamy. Dopiero po wojnie, Mama powiedziała mi, ze to były "gacie" i koszule chłopaków z lasu. Ktoś musiał to robić. W rekompensacie, dostawaliśmy nieograniczoną ilość węgla i drzewa, które "ktoś" pozostawiał w naszej komórce. Pranie to początkowo robiła moja Mama z Babcią, a po Powstaniu Warszawskim , przybyła z Warszawy dzielna ciocia Antosia. Mama mówiła, że ciocia naiwnie pytała się Mamy, ilu ich tam jest w tym lesie, skoro przynoszą nieraz 20 par "gaci".
I dedukowała, że chyba ich jest dwudziestu. Jest to na pewno nieistotny epizod tej wojny, ale bardzo zależy mi na tym, aby znalazła się jakaś wzmianka o tej pracy dla partyzantów, gdyż bez tego byłoby im ciężko. Dobrze, że nie zwróciło to niczyjej uwagi.

Przez jakiś czas na podwórku naszego domu, tzn. domu Pana Musiałka, stacjonował niemiecki wóz konny, mocny, wojskowy. Woźnica, starszy wiekiem żołnierz niemiecki, w mundurze, codziennie wieczorem wjeżdżał na podwórko naszego domu, wyprzęgał konia, prowadził go do stajni i tam zostawiał na noc.
A rano przychodził, zaprzęgał konia do wozu, wyjeżdżał i cały dzień go nie było. Po jakimś czasie "zaprzyjaźniłem" się z tym woźnicą i wiele razy jeździłem z nim, siedząc obok niego na koźle.
Nie myślałem, że to przecież okupant. Nawet bardzo lubiłem to jeżdżenie. Widziałem, że on na tym wozie woził jakieś skrzynki z warzywami, jakieś beczki i takie jakieś różne rzeczy, ale co konkretnie, tego nie pamiętam. Jednego razu, gdy wsiadaliśmy na wóz, podniósł klapę siedzenia i pokazał mi, że tam ma cukierki i pozwolił mi je brać. Jeden raz, kiedy ja z nim nie jeździłem, przywiózł ze sobą zabitą już kurę.
Przyniósł do nas i dal mojej Babci prosząc, żeby mu ją ugotowała na jutro. Mówił wtedy kalecząc po polsku i Babcia orzekła, że on jest Ślązakiem, co się później potwierdziło. Następnego dnia przyszedł rano, kazał sobie odciąć jedną nogę, a resztę zostawił dla nas.

Przez Białą przejeżdżało bardzo dużo wycofujących się wojsk niemieckich. Pewnego dnia pod wieczór na nasze podwórze wjechały dwa, a może trzy, wielkie wozy konne, na których siedzieli i leżeli żołnierze. Mieli inne mundury niż Niemcy i nie rozmawiali po niemiecku. Niektórzy byli ranni i mieli obandażowane głowy. Na podwórze zeszło się dużo dzieciaków i początkowo nieśmiało, z obawą, a później coraz śmielej, zaczęliśmy do nich podchodzić. Coś nieznanego jedli i dawali też nam do zjedzenia.
Niektórym to bardzo nie smakowało, niektórym śmierdziało i nie chcieli jeść. Mnie smakowało. Moja Mama wyjaśniła nam, że jest to ser szwajcarski. Później, przy pomocy dorosłych, wyjaśniło się, że to byli Węgrzy.
Mieli na głowach furażerki. Zostali na podwórku na noc, a rano już ich nie było. Nie wiem, z której strony przyjechali i w którą odjechali.

Mama moja z racji pracy konspiracyjnej ciągle gdzieś wyjeżdżała. Pewnego dnia rano, kiedy Mama gdzieś wyjechała i nie było Jej w domu, przyszedł do nas miejscowy granatowy policjant w towarzystwie Niemca w mundurze i zapytali o Mamę, gdzie jest. W mieszkaniu była tylko Babcia i ja. Babcia, zgodnie z prawdą odpowiedziała, że Mama gdzieś wyjechała i nie wiadomo, kiedy wróci. Ten policjant polecił, aby Mama natychmiast po powrocie zgłosiła się na posterunek tutejszej policji.
Nie byli wobec nas jacyś nieprzyjemni. Po tym poleceniu wyszli z mieszkania. Babcia odprowadziła ich do drzwi i kiedy znaleźli się w bramie domu, z ulicy weszła Mama. Widząc ją, ten granatowy policjant, który Mamę znał osobiście, zwrócił się do Niej: "Może pani wie, gdzie jest pani Dolecka, bo jest bardzo potrzebna i jej szukamy." Mama odpowiedziała, że nie wie, bo już jej dawno nie widziała. A ten policjant na to:"Gdyby pani ja spotkała, to niech się natychmiast do nas zgłosi" i obaj wyszli. Dobrze, że byłem wewnątrz mieszkania i tego nie widziałem, bo mógłbym zareagować niewłaściwie. Kiedy wszyscy ochłonęli po tym incydencie, Mama natychmiast spakowała co trzeba i wyjechaliśmy oboje do Krakowa. Ukrywaliśmy się u mojej chrzestnej, cioci Jadzi, przy ul. Kanoniczej. Mama oczywiście nie siedziała bezczynnie, tylko jeździła do Wieliczki na tajne nauczanie. Tak było przez kilka tygodni, aż Mama swoimi "kanałami" dowiedziała się, że Niemcom chodziło o sprawdzenie, czy Mama nie prowadzi w Białej tajnego nauczania.
Wróciliśmy więc do Białej, a Mama musiała się meldować na posterunku niemieckim w Rawie Mazowieckiej co tydzień. To jest dowód na to, że sieci konspiracji sięgały daleko. Mama wymieniała nazwisko tego policjanta, który ją ostrzegł, ale go nie pamiętam. Pewnego dnia wieczorem, kiedy już spałem, Mama obudziła mnie, kazała się ubrać i poszliśmy do sąsiedniego domu, gdzie mieszkała Pani Halina Kaczmarow z dziećmi. Tam, w dużym pokoju, siedziało kilkunastu partyzantów z karabinami i w kożuchach, bo była zima. Mama powiedziała, że panowie proszą, abym zaśpiewał im swoją ulubioną piosenkę "Żołnierz drogą maszerował". Piosenkę tą Mama mnie wcześniej nauczyła. Prośbę panów wykonałem z ochotą, bo lubiłem się popisywać. Postawiono mnie na dużym kufrze i śpiewałem. Mama mówiła mi, że prawie wszyscy płakali, słuchając tej piosenki.



Ilustracja 23: Dn. 02.10.2010 r. Jacek Dolecki w czasie wystawy fotografii zorganizowanej przez BSH, na Festiwalu Jabłka w Woli Chojnata, na tle fotografii, na której znajduje się wraz z Mamą przy kolejce wąskotorowej

Nie pamiętam, w którym to było roku, Szkoła była już nieczynna. Na polecenie okupantów, wraz z Mamą poszedłem do szkoły. Zmierzało tam już wielu innych mieszkańców Białej. W szkole, w klasach (dwóch lub trzech od drzwi) leżeli zabici mężczyźni, ubrani w kozuchy i kurtki. Niektórzy byli zakrwawieni.
W każdej klasie leżało na podłodze kilku, więc w sumie było ich kilkunastu. Było to w klasach, których okna wychodziły na podwórko. Wszyscy przechodzili kolo tych klas, zaczynając od głębi korytarza, a kończąc przy drzwiach. Tam stał niemiecki żołnierz i policjant granatowy, który pytał każdego, czy kogoś rozpoznał. Widziałem, że ludzie kręcili głowami.

Inny epizod, który z tych czasów pamiętam, to pogrzeb dziedzica Sułowskiego. To było na pewno pod koniec 1944 roku, bo na tym pogrzebie byłem z ciocią Antosią - siostrą Mamy, która przybyła do nas dopiero po Powstaniu Warszawskim, które w całości spędziła w Warszawie. Staliśmy bardzo blisko wykopanego grobu i trumny. Podczas spuszczania trumny do grobu, trumna obróciła się i ciało zmarłego wysunęło się z trumny. Był krzyk i pisk. Później grabarze wszystko doprowadzili do porządku i dokończono pogrzeb. Mówiono później, ze grabarze zrobili to specjalnie, bo podobno dziedzic Sułowski nie był w Białej lubiany. Jak faktycznie było - czy był to wypadek, czy celowe działanie - tego nie wiem.

Nie wiem nawet w przybliżeniu, w którym to było roku, ale chyba w porze letniej, bo było ciepło.
Zobaczyłem, że dużo ludzi szybko idzie w stronę kolejki. Z ciekawości i ja do nich dołączyłem. Za torami kolejki stał przy ulicy długi budynek z czerwonej cegły. Wejście było od strony bardzo dużego podwórza, na którym były usypane dość spore hałdy węgla. Był to chyba skład opalu. Wraz z innymi ludźmi wszedłem na pierwsze piętro. Był tam długi korytarz. W drugich lub trzecich drzwiach po prawej stronie ujrzeliśmy leżącą w trumnie na podwyższeniu młodą kobietę. Ubrana była w długą, zakrywająca całą trumnę, białą suknie ślubną. Zapamiętałem, że pod szyją miała ułożoną bardzo grubą warstwę waty lub czegoś białego.
Widziałem to dokładnie, bo przechodziliśmy bardzo blisko trumny. W tym czasie wszyscy głośno się modlili. Na korytarzu mówiono, że kobieta ta została zabita przez partyzantów, bo chciała wyjść za mąż za Niemca. Jeszcze później, długo po wojnie, wspomniałem Mamie o tej sprawie. Powiedziała mi, że to chyba była zemsta jakiegoś odrzuconego narzeczonego lub tragiczna pomyłka.

Pewnego dnia Mama powiedziała mi, że dzisiaj pojedziemy do Warszawy. Nie byłem tym zaskoczony, gdyż ciągle gdzieś wędrowaliśmy i byłem na to przygotowany. Do dzisiaj żyję tak, jakbym mieszkał na walizkach. W każdej chwili mogę w drogę. Ale wtedy okoliczności wyjazdu mnie zaskoczyły.
Poszliśmy gdzieś wieczorem, gdzie stał wóz chłopski wyścielony sianem lub słoma, siedziała na nim już Pani Henryka Rychwalska z córką Gosią. Nie pamiętam czy był też Jej syn Andrzej, ale raczej nie.
Wsiedliśmy na ten wóz i jechaliśmy jakimiś lasami, nocą. Było fajnie, ciepło i romantycznie. Z Gosią bardzo się lubiliśmy, mimo, że kiedyś podczas jakiejś sprzeczki rzuciłem w nią podkową i wybiłem jej zęba.

Za to jej brat Andrzej, który był od nas starszy o 6-7 lat, utopił w naszej studni kota. Ale Gosia była zawsze, do końca Jej życia - 5 lat temu - moją serdeczną przyjaciółką. Była moją "osobą towarzyszącą" na balu maturalnym, była na praktyce w szkole mojej Mamy, gdy była uczennica Liceum Pedagogicznego we Wrocławiu, była serdeczną koleżanką, gdy mieszkałem u Nich w Bierutowie w ciężkich czasach wyrzucenia z internatu. A gdy po studiach na AWF we Wrocławiu podjąłem pierwsza pracę w szkole, wspierała mnie swoją wiedzą, gdyż była już wtedy kierowniczką szkoły. I tak jechaliśmy nocą wozem konnym, w nieznanym nam kierunku. Pani Rychwalska miała jakąś rodzinę w Grójcu i kierowała się do nich. Razem z Mamą mieliśmy z nimi dojechać do Grójca, a później, nie wiem jak, do Warszawy, gdzie przebywała siostra Mamy - ciocia Antosia. Jechała z nami córka cioci Antosi - Hanka. Tuż przed Grójcem zatrzymali nas w lesie partyzanci i powiedzieli, że nie ma co jechać do Warszawy, bo tam wczoraj wybuchło powstanie, a oni idą tam z pomocą. A więc było to w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944 roku.
Pani Rychwalska z Gosią wysiadły z wozu i dalej poszły piechotą, a my z woźnicą wróciliśmy do Białej.




Wyzwolenie

Pewnego zimowego poranka zobaczyliśmy, że pod nasze okna od strony ulicy - bo tylko takie mieliśmy, niemieccy żołnierze podciągnęli armatę. Stała tuż przy oknach. Lufę miała skierowaną prawie pionowo do góry. Przy tym bardzo głośno krzyczeli, że mamy się wynosić. Mama szybko ubrała mnie w najgrubsze rzeczy i kazała nam, bo mieszkała razem z nami babcia, ciotka Antosia i moja cioteczna siostra Hanka, iść do chlewika (obórki) P. Musiałka, gdzie były kozy i tam schować się. Szybko zaprowadziła nas tam i ze zdziwieniem zobaczyłem, że w tej obórce otwarty był w podłodze jakiś przywalony sianem właz.
Chociaż przez kilka lat niemal codziennie tam chodziłem, nigdy go nie widziałem. Zeszliśmy po drabinie do jakiegoś ciemnego i dusznego pomieszczenia, gdzie zobaczyłem po pewnym czasie, że jest kilkanaście osób, dorosłych i dzieci, z których niektóre płakały. Dorośli je uciszali. Właz został zamknięty i tak po ciemku siedzieliśmy. Nic nie było z zewnątrz słychać.
Mimo, że byłem bardzo wścibski i ciekawski, nigdy przedtem nie widziałem tego schowka. Po wejściu tam w momencie zagrożenia stwierdziłem, że jest tam kilkanaście nieznanych mi osób z dziećmi.
Nie pobudziło to mojego zdziwienia, ale po wyjściu z tego bunkra, może po kilku dniach, zapytałem Mamę, co to za ludzie. Pamiętam dokładnie, że odpowiedziała, iż ci ludzie byli tam przez całą wojnę. Jako "stary konspirator" wiedziałem, że nie należy za wiele się dopytywać i przyjąłem to do wiadomości.
Ale co to miało znaczyć, tego do dzisiaj nie wiem, gdyż nigdy więcej na ten temat z Mamą nie rozmawiałem. Nad obórką był stryszek, było tam siano i słoma. W pobliżu była studnia. W obórce przechowywano różne rzeczy. Czy Pan Musiałek o tym wiedział ? Same tajemnice... Stały tam kozy, może one ich wyżywiły? Wiele razy Mama kazała mi wieczorem odnieść do obórki torbę na obierki, żeby nie była w mieszkaniu, bo śmierdzi kozami. Odnosiłem posłusznie, w pospiechu, bo był wieczór i bałem się po ciemku chodzić. Torba była zawsze ciężka, ale co w niej było ? Nie wiem. Jak ci ludzie przetrwali tam zimę ? Nic nie wiem i nie ma się już kogo zapytać. Szkoda...

Po jakimś nieokreślonym czasie dorośli ustalili, że trzeba wyjść zobaczyć, co się dzieje.
Jakiś mężczyzna wyszedł i nie było go przez jakiś czas. Wreszcie wrócił, otworzył właz i zaczął krzyczeć: "wychodzimy, Ruscy, Ruscy są". Wszyscy zaczęli w pośpiechu wychodzić, ale ostrożnie wyglądaliśmy co to będzie. Pamiętam, że przeszedłem z podwórka przez bramę i na ulicy zobaczyłem czołg, na którym siedziało czterech bardzo umazanych na twarzy żołnierzy. Uśmiechali się do nas, witali z dorosłymi i zapanowała ogólna wesołość. Pytali dorosłych, czy są tu gdzieś Niemcy. Ale ich nigdzie nie było.
Po jakimś czasie wielu mieszkańców Białej, a może i wszyscy, zebrali się w pobliżu spalonej bożnicy.
Ktoś przemawiał, a na końcu śpiewaliśmy "Rotę". Nareszcie nie musieliśmy się bać.
Podczas tej uroczystości czołg z żołnierzami rosyjskimi stał w pobliżu. Kiedy skończyła się część oficjalna, zaczęła się "artystyczna". Rosjanie podjechali pod sklep, który dzisiaj nie wiem, czy był obok apteki, czy może apteka została zamknięta i w tym miejscu powstał. Wywalili drzwi, kilku z nich weszło do środka, zabrali co chcieli, a potem rzucił się tłum ludzi. Próbowałem też się tam dostać, ale nie miałem szansy.
Wyczekiwałem do chwili, aż wszyscy wyjdą. I wtedy nadeszła ciocia Antosia. Weszliśmy do ograbionego doszczętnie sklepu, w którym cała podłoga usłana była jakimiś małymi torebeczkami, po których się chodziło. Ciocia powiedziała, że to jakieś przyprawy. Na półkach nie było nic. Wszedłem na maleńkie zaplecze i tam zobaczyłem stojącą wielką blaszaną beczkę. Ciocia zdecydowała, że zabieramy tą beczkę, chociaż nie wiedzieliśmy, co w niej jest. Po otwarciu okazało się, że jest w niej karbid, którego się używało do lampek. I był to, jak się później okazało, jedyny zapas karbidu w mieście. Po początkowym "załamaniu" i zastanawianiu się, po co nam tyle karbidu, ciocia orzekła, że coś z tego będziemy mieli. Karbid okazał się bardzo "twardą" walutą wymienialną. Można go było wymienić na każdy prowiant, a szczególnie przydawała się mąka ze wsi, z której ciocia piekła bułki, a ja z Hanką sprzedawaliśmy je na rynku. I jakoś się żyło. Po kilku dniach od wyzwolenia, zakwaterowano nam w mieszkaniu dwóch żołnierzy rosyjskich.
Mama później mówiła, że to są zdegradowani za sprawy polityczne oficerowie. Przychodzili zawsze późnym wieczorem, kładli się na podłodze w kuchni na własnych jakichś posłaniach, a raniutko gdzieś wychodzili i nie było ich cały dzień. Byli tylko 2 - 3 dni. Mama później mówiła, już po ich odjeździe, że opowiadali, iż gdzieś złapali 8 żołnierzy niemieckich. Czterech rozstrzelali na miejscu, bo mieli znaczki SS, a czterech zabrali do niewoli.




Wielki wybuch - ogromna tragedia - rozstanie z Białą Rawską

Tuż przed Wielkanocą 1945 roku, mogło to być w Niedzielę Palmową, albo w sobotę przed świętem, grupka dzieciaków pod nadzorem mojej ciotecznej siostry Hanki, która wtedy miała już 11 lat, a my po 5-7, udawała się na ciepłe stawy "na bazie". Przechodziliśmy koło szkoły, w której moja Mama, jako p. o. Kierownika Szkoły prowadziła zebranie organizacyjne dla rodziców przed rozpoczęciem nauki w szkole.



Ilustracja 24: Powierzenie obowiązków Kierownika Szkoły Marii Doleckiej z 24.02.1945 r.

W pewnym momemomencie żołnierze polscy stacjonujący w Białej zaczęli na podwórku szkolnym wystrzeliwać kolorowe rakiety. To było dla mnie bardziej interesujące niż zbieranie bazi i urwałem się od mojej wycieczki.
Żołnierze jeszcze przez chwilę strzelali rakiety, a później poszli do szkoły, gdzie prawdopodobnie kwaterowali. A my, chłopcy, zaczęliśmy łazić po okolicznych zaroślach, w poszukiwaniu pięknych, srebrzystych łusek po rakietach, które zawsze były obiektem naszegozainteresowania. Łażąc tak, ja i jeszcze dwóch lub trzech chłopców, zaszliśmy na jakąś łąkę lub ogródki za szkołą. Tam stała okrągła, betonowa studnia, przy samej ścianie szkoły.
Za ta studnią znaleźliśmy bardzo duży pocisk artyleryjski, który jak dokładnie pamiętam, miał czarny sam czubek. Z trudem podnieśliśmy go i na zmianę, po kolei, każdy go niósł. Był bardzo ciężki, niosło się go na rękach, na brzuchu. Doszliśmy z nim na podwórko szkolne, gdzie spotkała nas maluchów, grupa starszych chłopców. Oczywiście natychmiast odebrali nam tak cenne znalezisko i zaczęło się rozbijanie tego pocisku. Na końcu podwórza szkolnego stała duża, wysoka szopa. Przy niej leżała dość spora kupa kamieni. Chłopcy położyli pocisk na tej kupie i wszyscy waliliśmy w niego tymi kamieniami. Ale to nic nie dawało. Był niewzruszony. Jeden ze starszych chłopaków wyjął scyzoryk i dłubał nim w czarnym czubku. Udało mu się wydłubać jakieś srebrzyste kółeczka, do złudzenia przypominające mi pinezki, które nieraz widziałem w domu. Ten chłopak orzekł, że teraz już nic nam nie grozi i że teraz już nic nie wybuchnie.
Położono pocisk powtórnie na tą kupę kamieni i zaczęło się walenie w niego kamieniami. Ale kamieni brakowało. Dla starszych były,a dla nas młodszych nie. Razem z jakimś drugim chłopcem, trochę starszym ode mnie, odeszliśmy kawałek po kamienie. W momencie, kiedy kucnąłem po kamień, nastąpił straszliwy wybuch. Mnie i tego drugiego chłopca odrzuciło prawie do bramy podwórza. Leżeliśmy na ziemi i nie mogliśmy się ruszyć. On mnie pocieszał, żebym się nie martwił, bo tu na pewno zaraz przyjdą żołnierze i nam pomogą. Wokoło było jakoś cicho. Żadnych krzyków, jęków. A może tylko ja nic nie słyszałem po tym wybuchu?
I rzeczywiście, natychmiast zjawili się z pomocą żołnierze, a wraz z nimi rodzice, którzy byli na zebraniu w szkole. Do mnie pierwsza podbiegła ukochana Pani Halina Kaczmarow. Opowiadała mi, że trzymałem się za brzuch. Mówiła, że już wszystko dobrze, że już nic mi nie grozi. A potem wzięła mnie na ręce i niosła do wyjścia z podwórza. W tym momencie wraz z innymi rodzicami wybiegła Mama i razem z Panią Halina zaniosły mnie szybko do lekarki, która jak później słyszałem nazywała się Sielicka i mieszkała lub przyjmowała w domu, tuż za spaloną bożnicą. Kiedy Pani Doktor zaczęła mnie oglądać przyniesiono bardzo poszarpanego chłopca, prosząc głośno o ratunek. Widziałem, że był bardzo zakrwawiony. Pani doktor stwierdziła, że mnie chyba nic groźnego nie jest i wyniesiono mnie na korytarz, a zajęto się tym chłopcem.
Po niedługim czasie zajęto się ponownie mną, bo jak mi powiedziała Mama, ten chłopiec zmarł. Moje rany były niegroźne dla życia, ale bolesne. Jeden odłamek wpadł mi do prawego buta czubkiem, trochę rozciął duży palec i wyleciał środkiem buta. Natomiast z lewej nogi pani doktor wyjęła mi, jak później mówiła Mama, ponad 40 maleńkich odłamków. Natomiast zostały mi 3 duże odłamki w lewej nodze, dwa w udzie od wewnątrz i jeden nad kostką od strony wewnętrznej. Opatrzono mnie i odniesiono do domu. Dowiedziałem się, że wśród zabitych podczas wybuchu chłopców był m. innymi chłopiec o nazwisku Bagrowski. Mama Andrzeja Kaczmarowa znała się dobrze z Matką Bagrowskiego. Andrzej był ze swoją Mamą w domu p. Bagrowskiej po tym wybuchu i widzieli zabitego Jej syna.

Do dziś nie wiem dlaczego, ale leżałem po tym już nie w domu p. Musiałka, gdzie mieszkaliśmy, ale w domu naprzeciwko magistratu. Czy tam wtedy zamieszkaliśmy, czy może tam był jakiś szpital ?
Nie wiem. W każdym razie przed tym wybuchem mieszkaliśmy tam, gdzie cały czas. Po kilku dniach Mama poinformowała mnie, że wraz z tym chłopcem, który po wybuchu leżał ranny koło mnie, pojedziemy do szpitala w Tomaszowie, bo jest bardzo ranny w brzuch i grozi mu gangrena. Wieczorem załadowano nas na wojskowy samochód ciężarowy, gdzie leżeliśmy na dwóch kanapach i w drogę. Podczas jazdy w pewnym momencie samochód strasznie podskoczył tak, że spadliśmy z tych kanap. Okazało się, że przejechano na drodze świnię. Rano byliśmy w szpitalu. Tłok i ścisk, pełno chorych i rannych.
Był podobno tylko jeden lekarz chirurg i to Niemiec. Położono nas na sąsiednich stołach i przyszedł lekarz, który po badaniach stwierdził, że mnie nic nie jest i kazał mnie odnieść do sali, natomiast jego natychmiast operował. Jak słyszałem później, ten mój kolega wkrótce wydobrzał i wrócił do domu. W szpitalu leżałem kilka dni wraz z nim. Na zmianę opatrunków żołnierze - sanitariusze nosili nas w kocu. Zmiana opatrunków była bardzo brutalna i bolesna, lekarz na nas coś krzyczał, szarpał, ale widocznie dobrze leczył, bo wszystko skończyło się pomyślnie. Mimo wielokrotnych próśb mojej Mamy nie chciał wyjąć mi tych odłamków z nogi, mówił podobno, że to niebezpieczne. Mama rozgoryczona twierdziła, że to wstrętny szkop i nie chce mu się operować.



Ilustracja 25: Kwit depozytowy-wymiana pieniędzy - Maria Dolecka 28.02.1945 r.

Sześćdziesiąt lat później, w Warszawie, pokazała mi się na lewym kolanie jakaś dziwna żyła, jak żylak. Chirurg zdecydował się to operować. Okazało się, że to jeden z pozostałych w udzie odłamków uciska żyłę i krew płynie w odwrotną stronę. Drugi odłamek wyszedł mi sam, jeszcze w Tomaszowie.
Poprosiłem chirurga, aby przy okazji, jak już mnie uśpi, wyjął mi te pozostałe dwa odłamki i zachował je dla mnie na pamiątkę. Powiedział, że nie ma problemu i tak zrobi. Po operacji, kiedy zapytałem się o wyjęte odłamki, chirurg powiedział, że są tak umiejscowione, że lepiej ich nie ruszać. Wzywał nawet na konsultacje neurochirurga, ale tamten stwierdził stanowczo, że wyjmowanie tych odłamków jest bardzo niebezpieczne, bo można uszkodzić jakieś nerwy. I wtedy doceniłem wiedzę niemieckiego chirurga z Tomaszowa.
Te odłamki nigdy w życiu mi nie dokuczały i nie przeszkodziły nawet w uprawianiu wyczynowo lekkoatletyki.
Od opuszczenia Białej w 1945 roku byłem tam przejazdem trzy razy w latach 1980 - 2000. Dwa razy po kilkanaście minut pochodziłem po okolicy rynku, a trzeci raz postanowiłem być dłużej. Poszedłem do kościoła, koło magistratu, spojrzałem na stawy, byłem na cmentarzu, a wreszcie wszedłem z dużym oporem na podwórze szkolne, gdzie był ten tragiczny wybuch, podczas którego do dzisiaj nie wiem ilu chłopców zginęło i ilu było rannych. Poszedłem na tyły budynku szkolnego, gdzie wtedy znaleźliśmy ten nieszczęsny pocisk. I ku swemu ogromnemu zdziwieniu, zobaczyłem te same betonowe kręgi studzienne, gdzie leżał wtedy pocisk, tylko jakby trochę odsunięte od ściany. W tym momencie tamte wspomnienia odżyły tak mocno, że ranna noga zaczęła mnie strasznie boleć. Trwało to kilkanaście minut i przeszło bez żadnych skutków dalszych.




Po wojnie - ziemie odzyskane i bialskie reminiscencje

Jak już pisałem, w szpitalu w Tomaszowie leżałem kilka dni. Wróciłem do domu strasznie zawszony.
Mieszkaliśmy u cioci Wandy, siostry Mamy, na Wilanowie, a później na Kaczce, gdzie Mama podjęła pracę w tamtejszej Szkole Podstawowej.



Ilustracja 26: Przeniesienie Marii Doleckiej z Białej Rawskiej do Kaczki 5.04.1945 r.

Wraz z nami, przez pewien czas mieszkała również Pani Halina Kaczmarow z dziećmi.
Jesienią 1945 roku wrócił z niewoli mój Tata. Po drodze, gdy dojechał do Rawy, od jakiegoś przygodnie spotkanego człowieka dowiedział się, że w Białej był straszny wybuch niewypału i kilkunastu chłopców zabiło, w tym chyba również syna nauczycielki, która wyjechała i mieszka teraz w Tomaszowie. Z tym strasznym przekonaniem przyjechał do cioci Wandy i tu dowiedział się radosnej prawdy. Późną jesienią pojechaliśmy już na "dziki zachód", do Wabienic k/Wrocławia. Ojciec objął wymarzone wielkie gospodarstwo, Mama kierownictwo Szkoły Podstawowej i znowu jak kiedyś na kresach wschodnich, teraz zagospodarowywali te okolice.
Ojciec, jako wykształcony rolnik i najstarszy stopniem wojskowy, we wsi osadników wojskowych, został wójtem gminy.
Mieliśmy duży dom, poniemieckie gospodarstwo wyposażone we wszystkie potrzebne i nowoczesne maszyny i ziemi można było uprawiać tyle, ile wzrok sięgał. Mieliśmy gdzie mieszkać i co zjeść. I wtedy odżyły okupacyjne przyjaźnie, zawarte na śmierć i życie.
Sprowadziła się do nas Pani Halina Kaczmarow z dziećmi: Hanką i Andrzejem. Ich mąż i ojciec nie wrócił jeszcze z wojny i byli w bardzo ciężkiej sytuacji. To właśnie Pani Halina opiekowała się nami - dziećmi podczas choroby, to Ona prowadzała nas w razie potrzeby do lekarza, a nawet przyprowadzała lekarza do domu i siedziała przy mnie cale dnie i noce, kiedy chorowałem na świnkę, a Mamy nie było w Białej. To Pani Halina pierwsza wbiegła na podwórko szkolne po tym wybuchu, wszczęła alarm wzywając pomocy, bo ludzie myśleli początkowo, że to żołnierze strzelają na wiwat. Biegała wśród rannych chłopców, pocieszała ich, a gdy nadbiegli ze szkoły rodzice, którzy byli na zebraniu, chwyciła mnie na ręce i jak pamiętam biegiem, najpierw sama, a później z moja Mamą, zaniosła mnie do dr Sielickiej. A widok porozrywanych chłopaków po wybuchu był podobno tak przerażający, że nie każdy mógł to znieść. Wielu ludzi nie odważyło się tam wejść. A Ona weszła i ratowała. Teraz dopiero przypominam sobie, że już jako dorosły człowiek, zapytałem się kiedyś Mamy, co się działo z tymi lekarstwami, które przywoziliśmy z Krakowa. Mama powiedziała mi, że zabierał je dla partyzantów "weterynarz", ale zawsze trochę brała Halina (przyp. moja Halina Kaczmarow), bo jej dzieciaki często chorowały. Nie przypominam sobie, żeby dzieciaki Pani Haliny tak często chorowały. Teraz już domyślam się, co z nimi robiła. Zgodnie z wykazem z książki E. Wawrzyniaka "Z dziejów rawskiego podziemia", była ona sanitariuszką w miejscowym oddziale AK, a zatem musiała mieć stale na stanie pewną "żelazną" rezerwę lekarstw. Dręczy mnie myśl, czy moja Mama o tym wiedziała, czy nie ?
Sprowadziła się do nas też Pani Henia Rychwalska z Andrzejem i Gosią. Jako wdowa,
była właściwie bez środków do życia. To były znowu wspaniale czasy naszego wspólnego dzieciństwa.
Po jakimś czasie wrócił z wojny p. Kaczmarow i p. Halina wyjechała z dziećmi do Łodzi, ale każde wakacje spędzaliśmy razem w Wabienicach. Pani Rychwalska wyprowadziła się do pobliskiego Bierutowa, gdzie mieszkała z Gosią i Andrzejem. Pracowała jako buchalter w Administracji Mieszkaniowej.

Gosia skończyła Liceum Pedagogiczne i była kierowniczką szkoły w Bierutowie, a Andrzej skończył studia w Wyższej Szkole Rolniczej we Wrocławiu i pracował jako hodowca.



Ilustracja 27: Wabienice ok. 1950 r. od l. Małgorzata Rychwalska, Hanna Kaczmarow, Hanna Wawrzyniak, Jacek Dolecki, Andrzej Kaczmarow

Andrzej Rychwalski w czasie okupacji, jako kilkunastoletni chłopak, podczas zabawy w lesie, gdzie chłopcy tłukli o drzewa butelki, stracił oko.
Niestety, odżyły mroki okupacji. Brat p. Rychwalskiej - Zdzisław, kilka dni przed zakończeniem wojny, po podpisaniu przez nich "volkslisty", traktowany jako obywatel niemiecki, został na siłę wcielony do armii niemieckiej. Zdezerterował po dwóch dniach, poddał się wkraczającym wojskom radzieckim, ale i tak został aresztowany i skazany później przez sąd na 6 lat więzienia.
Jego narzeczona, pani Bronia, czekała na jego wyjście z więzienia, wzięli ślub u nas, w Wabienicach, i wyjechali do Wysokiego Mazowieckiego, gdzie p. Zdzicho był później
pracownikiem banku, a może dyrektorem. Podczas jego odsiadki w więzieniu w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej, raz byłem z p. Bronią na odwiedzinach. Są to przykre wspomnienia.
Pani Henia Rychwalska przez wiele lat po wojnie była gnębiona przez ówczesne władze, za to podpisanie "volkslisty".
I nie pomagały żadne tłumaczenia i wyjaśnienia mojej Mamy w tej kwestii. A uzasadnianie tego podpisania korzyściami dla działalności konspiracyjnej Armii Krajowej, tylko pogarszało sytuację. Żądano innych dowodów, świadków, a takich przecież nie było, bo nic nie załatwiało się przy świadkach, ani na piśmie.
Po kilku latach, sprawa jakoś ucichła. Dzisiaj p. Henia, Gosia, Andrzej, p.Bronia i Zdzicho już nie żyją.
Byli to wspaniali ludzie, mogę to zaświadczyć całym swoim honorem.

Z Panią Henią Rychwalska byliśmy po wojnie tak zżyci, jak z najbliższą rodziną. Wzajemnie u siebie pomieszkiwaliśmy, świętowaliśmy i bardzo się kochaliśmy. Jak już opisałem, my mieszkaliśmy we wsi Wabienice. Stację kolejową mieliśmy w Bierutowie, gdzie mieszkała p. Rychwalska. Stamtąd dojeżdżało się do Oleśnicy i dalej do Wrocławia. Kiedy moja Mama oddała mnie do szkoły w Oleśnicy, dbając o moje lepsze wykształcenie, mieszkałem w internacie w jednym pokoju ze starszym ode mnie o kilka lat Andrzejem Rychwalskim, który opiekował się mną jak bratem. W 10 klasie Liceum zostałem wyrzucony z internatu i groziło mi dojeżdżanie pociągiem do Oleśnicy. W perspektywie 7 km pieszo z Wabienic do stacji kolejowej w Bierutowie. Wtedy p. Henia przygarnęła mnie jak syna i mieszkałem u niej w Bierutowie ok. pół roku. A z Gosią przetańczyliśmy cały mój bal maturalny.
Po studiach na AWF we Wrocławiu, podjąłem pierwszą pracę właśnie w Szkole w Bierutowie i znów zaopiekowała się mną p. Henia Rychwalska i Gosia, która była już kierowniczką szkoły. Tak to nasze losy się krzyżowały.



Ilustracja 28: Rok 1962 - od l. Hanna Wawrzyniak, NN, Bronisław Prus z córką Katarzyną, Maria Dolecka, Jadwiga Matwijczyk. Zdjęcie wykonane we Wrocławiu

W tym miejscu chciałbym opisać jeszcze jedną historię, która miała początek w Białej, a finał na Dolnym Śląsku. Po wojnie, bardzo dobrą działalność prowadził Polski Czerwony Krzyż. Pisali do niego wszyscy poszukujący swoich krewnych i znajomych, podając swoje namiary.
PCK kojarzyło te dane i ludzie się odnajdywali po strasznej zawierusze wojennej. W ten sposób odnaleźliśmy wielu swoich bliskich, a również nas wiele osób odnalazło. Między innymi odnalazł nas w Wabienicach, pochodzący z Białej Rawskiej, p. Bronisław Prus.
Znała go moja Mama i jej przyjaciółki. Wiedziały, że był w czasie okupacji w AK i w partyzantce, ale o tym się wtedy nie mówiło. Bronek, bo tak mi pozwolił na siebie mówić, jako młody chłopak, był przez całą okupację aktywnym członkiem AK, walczył jako partyzant w lesie. Po wojnie, z całym oddziałem ujawnili się ówczesnym władzom i jako zaznajomieni z bronią palną, zostali zatrudnieni w Milicji Obywatelskiej w Rawie Mazowieckiej.
Pewnego dnia, po powrocie z patrolu, zostali ostrzeżeni przez wartownika, że "bezpieka" robi czystkę wśród AK-owców i aresztowano już komendanta. Wtedy Bronek wraz z kolegą rzucili rowery i posiadaną broń i bez namysłu uciekli. Bronek wyjechał do Wrocławia, gdzie pracował jako taksówkarz,a później instruktor nauki zawodu w Technikum Samochodowym. Miał żonę Zofię i dwoje dzieci - Leszka i Kasię. Odwiedzali nas często w Wabienicach. Jako dość zamożni rolnicy, byliśmy materialną podporą ich mieszczańskiego żywota. Odpłacali mi się gościną we Wrocławiu, podczas moich studiów. Pod koniec lat 70-tych, Bronek przechodził na emeryturę. Dowiedział się, że gdyby został członkiem Związku Bojowników o Wolność
i Demokrację (ZBOWiD), to będzie miał doliczone do emerytury jakieś kilkadziesiąt procent. Zorientował się, że ma na to szanse i zgłosił swój akces do ZBOWiD-u. Polecono mu, aby poczekał, bo muszą wszystko sprawdzić. Był rok chyba 1979. Po kilku tygodniach oczekiwania, Bronek został zatrzymany przez milicję.
Okazało się, że po sprawdzeniu w archiwach ustalono, ze Bronisław Prus jest poszukiwany jako dezerter z bronią w ręku. Długo biedny Bronek - po czterdziestu latach - musiał wyjaśniać całą sprawę, ale w końcu skończyło się tylko na tym, że nie przyjęto go do ZBOWiD-u.

A w roku 1981, w stanie wojennym, co kilka dni odwiedzał go dzielnicowy. Robił przeszukania mieszkania, bo Bronek cały czas był podejrzany. Nasze kontakty z p. Prusami urwały się po śmierci mojej Mamy w 1991 roku i nie wiem co się z nimi dzieje. Wiem, ze w Białej mieszkała rodzina Bronka Prusa, m. in. jego siostra, nazwiska jej nie znam, której syn Januszek zginął w tym okropnym wybuchu na podwórku szkolnym.



Ilustracja 29: Jadwiga Prus - siostra Bronisława Prusa ps. Konrad

Bronek często z moją Mamą wspominali różne zdarzenia z czasów okupacji z Białej. Unikali przy tym raczej świadków tych rozmów, ale ja jako bardzo ciekawski, nieraz coś podsłuchałem. I słyszałem kiedyś, jak Mama zapytała Bronka wprost, jak to było właściwie z tym Rzeźnickim.
Czy on naprawdę był taki odważny i taki "ura bura"? Bronek odpowiedział w tym
stylu: "Pani Mario, Rzeźnicki to był kozak nad kozakami. Siedzimy raz u Kaczorowskiego pod wieczór. Było nas sześciu. Na dworze szaruga i ziąb, że nie chce się wyjść, a co dopiero maszerować na melinę kilka kilometrów.
Pijemy coś ciepłego i gadamy. Każdy pod kapotą ma broń. Aż tu nagle otwierają się drzwi i wchodzi dwóch Niemców z bronią, żandarmów z Rawy. Nasza czujka ich przepuściła, bo nie wiedzieli co robić. Niemcy weszli i stanęli jak wryci, gdy nas zobaczyli. Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie bez słowa. Kaczorowski zapytał "Sznaps ?", oni odpowiedzieli: "Ja" i podeszli do lady, cały czas nas obserwując. Na to Rzeźnicki wyjmuje spod kurtki "maszynę" i kładzie z hukiem na stole. Niemcy szybko wypili wódkę, zapytali Kaczorowskiego czy "Alles gut" i wyszli. Byli motocyklem. Przez cały czas czułem, jak mi się włos zjeżył i jak mi pot cieknie po plecach ze strachu. A Rzeźnicki: "No to jeszcze po kielichu i w drogę".

Innym razem miałem z Rzeźnickim przejąć jakiś delegatów z Komendy Głównej z Warszawy. Mieli podać hasło. Poszliśmy do umówionej stodoły w jakiejś wsi, już dzień wcześniej, żeby w ostatniej chwili nie wzbudzać podejrzeń. Było nas tylko dwóch. Ci delegaci mieli przyjść następnej nocy, wiec wymościliśmy sobie porządne posłanie i śpimy na zmianę, jeden czuwa, drugi śpi. Nagle Rzeźnicki budzi mnie, że coś się dzieje. Ktoś przyszedł. Rzeczywiście, widzimy w ciemnościach, że ktoś się skrada po sianie.
Heniek krzyknął "Stój, bo strzelam." Tamten położył się i pyta "Kto ty". Heniek odpowiada "A kto ty" i tak sobie gadają kilka minut. Nas jest dwóch, mówi Heniek. Słyszymy, jak tamten przeładował pistolet.
Robi się gorąco. Leżymy tak bez słowa godzinę, może dłużej. Nagle Heniek każe mi uważać na tamtego, a sam wycofuje się i znika w ciemnościach. Wypatrywałem naszego gościa, mało mi oczy nie wylazły. Nagle słyszę w tym miejscu, gdzie leżał nasz nieproszony gość, jakąś szamotaninę. Krzyknąłem, nie ruszaj się, co się tam dzieje. A na to odezwał się Heniek, że to on i że już będzie spokój. Po chwili wrócił do mnie i powiedział, że już będziemy mieli spokój z tym gościem. Na moje pytanie, co z nim zrobił, odpowiedział, że go związał i zakneblował, a rano sprawdzimy kto to. Rano wyjaśniło się, że był to jeden z tych oczekiwanych przez nas wysłanników Komendy Głównej, drugi gdzieś się zagubił w drodze, bo szli oddzielnie. A ten nasz pomylił dni i przyszedł jeden dzień wcześniej. Dobrze, że nikt nie stracił głowy i nie doszło do strzelaniny. A jak się Heńkowi udało go podejść, to tylko jego tajemnica." Tak to opowiadał Bronek Prus swoje partyzanckie przeżycia, wiele lat po wojnie.

Teraz została nas tylko trójka: Hanka Kuran - Kaczmarow, mieszka w Łodzi, Andrzej Kaczmarow, który mieszka we Francji i ja w Warszawie. Cały czas czujemy bardzo mocne więzy przyjacielskie, bez względu na odległości, jakie nas dzielą. Czasy pobytu w Białej Rawskiej wspominam z sentymentem, jak to młodość.

Jacek Dolecki