:: STRONA ::

:: STOWARZYSZENIE ::

:: ZAWARTOŚĆ STRONY ::

:: Logowanie ::
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
:: Wspomnienia Jana Stańczyka ::
Dn. 11.05.2010

W lutym 2010 r. zamieściłem list Jana Goralskiego „wspomnienia o matce Stanisławie Goralskiej”
Obecnie zamieszczam wspomnienia Jana Stańczyka, który w okresie okupacji wraz z rodziną mieszkał w Starej Wsi.
Na ile podane wspomnienia są zgodne z faktami trudno nam ocenić, dotychczas bardzo mało wiadomo o ruchu konspiracyjnym w tym rejonie.
Pan Andrzej Walczak, który jest w kontakcie z Panem Goralskim zajmuje się tym zagadnieniem i być może doczekamy się szerszego opracowania na ten temat.

Prezentujemy ten tekst z nadzieją., że może znajdzie się ktoś, kto miałby jakieś informacje lub posiadałby dokumenty czy zdjęcia z tego okresu.

Prosimy o kontakt na maila. zbigrzep@wp.pl.


Uwagi o latach okupacji i Armii Krajowej w gminie Stara Wieś pow. Rawa Mazowiecka

Sześćdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Warszawy, w majątku ziemskim Stara Wieś, stał dwór modrzewiowy, otynkowany.
Wzniesiony został w XVIII w., według tradycji przez króla Stanisława Augusta dla jego faworyty Anny Rajeckiej.
Do zakończenia II wojny światowej dwór należał do pani Jadwigi Czermińskiej, a wcześniej do jej rodziców Zmorowskich w czasie okupacji hitlerowskiej dwór ten, zwany potocznie pałacem, był bazą politycznej i wojskowej konspiracji w gminie Stara Wieś.



Jadwiga Czermińska z domu Zmorowska.
Ostatnia właścicielka majątku Stara Wieś.

Zamieszkiwałem w tym majątku od 1930 r., gdzie ojciec mój prowadził hodowlę koni pełnej krwi angielskiej i angloarabów.
Dorastałem tu, jako uczeń szkoły podstawowej, w legendzie częstego przebywania w pałacu ostatniego króla Polski.



Ojciec autora wspomnień Jana Stańczyka

Sam natomiast zetknąłem się bezpośrednio z inną, przynajmniej dla mnie, legendą ostatniego ułana Rzeczpospolitej gen. Władysława Andersa.

Przemierzyłem z nim dziesiątki kilometrów po dworskich polach i łąkach, taszcząc ustrzelone przez niego, bądź jego towarzyszy polowań, zające, kuropatwy i inną dziką zwierzynę.
Generał przyjeżdżał tu prawie co roku wraz z żoną Ireną , córką Hanią i młodszym od niej synem Jurkiem, moim równolatkiem.
Niekiedy dołączał do rodziny syn pani generałowej z pierwszego małżeństwa, porucznik Maciek Prószyński.

Prawie zawsze przyjeżdżała tu w tym czasie siostra generała Janina Batycka z mężem płk. Batyckim i córką, rówieśnicą Hani Anders.
Z Jurkiem Andersem urządzaliśmy eskapady po rozległych dworskich polach, łąkach i lasach. Jurek opowiadał mi, że ma trzech stryjów, młodszych braci ojca, którzy również są zawodowymi wojskowymi w stopniach: pułkownika, majora i kapitana.
Z wyjątkiem stryja majora - artylerzysty, pozostali Andersowie służyli w kawalerii, a także wspomniani Maciej i płk. Batycki. Cywilów w tej rodzinie nie było, gdyż również Jurek w czasie okupacji, gdy dorósł, był żołnierzem AK.
Król Stanisław August i generał Anders spinają klamrą moje najwcześniejsze wspomnienia o Starej Wsi.



Nowy rozdział w historii tej miejscowości rozpoczyna się z wybuchem wojny. Miałem 14 lat.
Wojna nie przerażała mnie. Sprawiło to wychowanie w duchu „nie oddamy guzika..." oraz angielskie gwarancje, stykanie się z wysokim oficerami i podsłuchane rozmowy, jak również poleganie na „autorytecie" w tym względzie 13 letniego Jurka.
Któregoś wrześniowego dnia z pobliskiego miasteczka Białej Rawskiej przybył miejscowy stelmach i jakby potwierdzając ten mój optymizm, opowiadał, że na rynku widział obce czołgi i przypuszcza, że dotarły tu już wojska angielskie. Ze znajdującego się jeszcze w pałacu radia mam zgoła inne wieści. Wojska niemieckie szybko posuwają się w głąb Polski.
Niebawem wracają pierwsi żołnierze polscy. Może od jednego z nich, dziś tego nie pamiętam, Jadwiga Czermińska dowiaduje się, że w bitwie z wojskami hitlerowskimi pod Warszawą poległ por. Maciek, pasierb gen. Andersa.
Tą samą drogą otrzymuje ona wiadomość, iż gen. Anders został ranny w bitwie z Niemcami koło Lwowa i ponownie ranny w walce z Armią Czerwoną, wzięty do niewoli radzieckiej, leczony jest w jednym z lwowskich szpitali.

Prawie równocześnie z zakończeniem polsko-niemieckich działań wojennych napływają do starowiejskiego pałacu uciekinierzy i wysiedleńcy, głównie z Wielkopolski. Pierwszy przybywa płk. Gustaw Brochwicz-Donimirski z dwoma siostrami, ongiś adiutant gen. Hallera. Zatrzymują się tu na krótszy lub dłuższy okres inne osoby. Przetrwały w mojej pamięci tylko niektóre z nich, jak np. rodzina Wasiutyńskich.
Zapamiętałem ich z powodu syna, mojego rówieśnika, towarzysza długich rajdów rowerowych. Pamiętam fragmenty rozmów, m. in. że na gruntach ich majątku Góra w woj. poznańskim znajduje się kopalnia soli. Nie chciałem mu uwierzyć, gdyż w szkole uczono mnie, że mamy kopalnie soli kamiennej w Wieliczce i Bochni oraz soli warzonej na Kujawach.

Zjawiła się w pałacu pani Batycka, a nieco później przybył jej ojciec Albert Anders, dotknięty już wtedy ciężkim przypadkiem miażdżycy. Nadzieję naszą budzi dopiero nowy przybysz i mieszkaniec pałacu, pan „Karol", pierwszy organizator konspiracji w gminie. Był krótko, nigdy nie poznałem jego nazwiska i stopnia wojskowego. Drugą osobą starowiejskiej konspiracji była wówczas siostrzenica właścicielki majątku p. Czermińskiej, pani Stanisława Goralska.

Pełniła ona od początku funkcję łączniczki i przewodniczki „Karola" po nieznanym mu terenie, a także kolporterki prasy konspiracyjnej. Przy pomocy zaś ojca mojego, Władysława Stańczyka, przewoziła broń i inne materiały.
Ojciec, jako pierwszy wśród dawnych pracowników majątku został włączony do tutejszej konspiracji. Częste wyjazdy Stanisławy Góralskiej dworską bryczką zaprzężoną w dorodne angloaraby mogły uchodzić dla postronnych osób za „normalne" wizyty i rewizyty składane w pobliskich dworach, niby „takie same" jak przed wojną.

Ojciec opowiadał mi, że często mijali po drodze takie same bryczki, lecz z żandarmami lub policjantami granatowymi lub miejscowych volksdeutschów ( w naszej gminie były dwie wsie zamieszkiwane od dawien dawna przez osadników niemieckich).
Niemcy ci i policjanci orientowali się z pewnością, że majątki ziemskie były w pow. rawskim bazą AK.


Jako siedemnastolatek złożyłem w 1942 r. przysięgę żołnierza AK na ręce następcy „Karola" , pana Władysława Wilka, ps. „Topór".

W tym przypadku wiedziałem o nim wiele, a to z uwagi na przyjaźń mojego ojca z „Toporem".
Do września 1939 r. był on zawodowym wojskowym w 18 pp w Skierniewicach. Pochodził z rodziny chłopskiej. Od tej chwili obok zadań w pionie bojowym otrzymywałem też inne zlecenia konspiracyjne. Kursowałem m. in. często z polecenia pani Góralskiej jako kurier między sąsiednimi dworami, w których przebywali ludzie konspiracji. Jeszcze zanim zostałem zaprzysiężony w AK, pomagałem ojcu w przechowywaniu różnego sprzętu konspiracyjnego, poza bronią także map, lornetek, akcesoriów uprzęży konnej dla kawalerzystów.

Niezapomnianą, cichą bohaterką starowiejskiej konspiracji była Jadwiga Czermińska. Przygarnęła ona w swoim niezbyt dużym dworku dziesiątki ludzi zagrożonych aresztowaniem. Niekiedy równocześnie, zwłaszcza na początku i pod koniec okupacji gościła ona po kilkanaście osób. Schwytanie przez okupanta i zidentyfikowanie kogokolwiek z urywających się, groziło gospodyni dworku obozem koncentracyjnym.
Była też ona wtajemniczona w wiele spraw gminnej placówki AK, której kierownictwo kwaterowało pod jej dachem. Wykonywanie wielu czynności konspiracyjnych, szczególnie w zakresie ukrywania ludzi, zlecała swojej siostrzenicy, znacznie młodszej, bardzo energicznej Stanisławie Goralskiej.

Pisząc o konspiracji AK w gminie Stara Wieś nie sposób nie wspomnieć rodziny Koprowskich, z seniorem Jarosławem, żoną Cecylią, dwoma synami, dwiema córkami i zięciem. Uciekli oni przed rzeziami nacjonalistów ukraińskich z woj. lwowskiego.
Przyjęła ich oczywiście i zapewniła utrzymanie J. Czermińska. Męska część tej rodziny przeszła krwawy chrzest bojowy broniąc swej wsi Terezja w pow. Kamionka Strumiłowa przed nocnymi napadami silnie uzbrojonych banderowców z sąsiednich wsi ukraińskich oraz w odwetowych atakach Polaków, jeśli udało się ustalić z jakiej wsi pochodzili napastnicy.
Stanowili więc w związku z tym Koprowscy pion bojowy AK w gminie Stara Wieś. Roman Koprowski, rok ode mnie młodszy, był absolutnym rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę akcji z bronią w ręku.
Przechowywał on też, później przy moim udziale, broń naszej organizacji.
Ten swoisty rekord Romka wynikał również z tego, że mieszkaliśmy w tej samej miejscowości, na ogół w tych samych lub sąsiednich budynkach dworskich, gdzie mieściło się gminne kierownictwo AK. Byliśmy więc zawsze pod ręką, co było łatwiejsze, niż sięganie po ludzi z sąsiednich wsi.

Akcjami bojowymi dowodził „Orzeł" - Antoni Religa, syn kierownika szkoły z pobliskiego Chodnowa, względnie „Alek" - Gustaw Bądek, szwagier Romka, pełniący wówczas funkcję szefa gminnej kompanii -AK.
Działania naszej organizacji akowskiej dotyczyły głównie zdobywania broni, wywiadu, utrzymywania w ryzach nadgorliwych urzędników gminnych i miejscowych volksdeutschów, eliminacji renegatów, ochrony licznych na naszym terenie osób ukrywających się przed okupantem. Duże usługi oddał nam jeden z volksdeutschów pozyskany do współpracy na początku naszej konspiracji.
Mieszkał on we wsi, w której były tylko dwie rodziny niemieckie i miał narzeczoną Polkę.

W pierwszej akcji zdobywania broni, którą się chyba zawsze najlepiej pamięta, na trzech jej uczestników mieliśmy tylko jeden pistolet, świeżo odrdzewiony i wyremontowany przez miejscowego kowala. Pistolet nie był sprawdzany po remoncie, gdyż szkoda było zmarnować jednego z czterech posiadanych doń pocisków. Mieliśmy rozbroić policjanta granatowego o niezbyt dobrej opinii, który przyjechał z Warszawy do rodziny w Trębaczewie. Przed wsią założyliśmy biało-czerwone opaski, a ręka w kieszeni miała wskazywać na trzymany w niej pistolet.

Tak „uzbrojony" wstrzymywałem wszelki ruch między Trębaczewem a Paprotnią, w której stacjonował oddział niemieckich żołnierzy. W następnej wyprawie po broń do volksdeutscha mieliśmy już normalny pistolet oraz zdobyty na policjancie granat.
Szliśmy pieszo z Romanem Koprowskim do Chodnowa, gdzie miał dołączyć Antoni Religa „Orzeł" z kolegami. W połowie drogi między Przyłuskami a Chodnowem napotkaliśmy furmankę z kilkoma żandarmami uzbrojonymi w pistolety maszynowe MP „szmajsery".

W „czystym polu" nie mieliśmy żadnych szans. Jednak Niemcy nie chcieli ryzykować i nie legitymowali nas. Z wyprawy tej wyniosłem ciekawe wówczas dla mnie doświadczenie. Po otoczeniu gospodarstwa rolnego bogatego „volksdeutscha", któremu mieliśmy odebrać „szmajsera", padł strzał.

Później okazało się, że oddał go jeden z naszych kolegów do sfory psów, która zaatakowała go, gdy jako pierwszy przeskoczył wysoki płot. Po zakończeniu akcji nie mogliśmy znaleźć jednego z kolegów, najstarszego z nas, byłego uczestnika wojny obronnej 1939 r. Widział on grozę wojny, zabitych i rannych, dlatego uciekł po usłyszeniu strzału.
Nam, pozostałym uczestnikom akcji 17-20 latkom nie przyszło wtedy do głowy uciekać w opisanej sytuacji. My po prostu, a nie on, doświadczony żołnierz, nie mieliśmy wyobraźni.
Taka była młodzież konspiracji. Z każdą akcją przybywało broni, lecz nigdy nie doszliśmy do tego, by uzbroić wszystkich członków AK-owskiej konspiracji w gminie.

W czasie powstania warszawskiego wykorzystywani byliśmy do zabezpieczania na terenie gminy maszerujących przez pow. rawski oddziałów AK z Kielecczyzny, zdążających na pomoc walczącej stolicy.
Jeden z większych oddziałów liczył ok. 150 partyzantów, a broń i amunicję wiozło kilka furmanek. Warto zaznaczyć, że w oddziale tym było trzech Rosjan zbiegłych z niemieckiej niewoli. Jeden z nich był oficerem liniowym w oddziale, drugi lekarzem a trzeci rusznikarzem.
Nie dotarł ten oddział, niestety, w pobliże Warszawy, został bowiem rozproszony przez Wehrmacht w sąsiednim pow. grójeckim.
Organizacja AK-owska w gm. Stara Wieś należała do mniejszych w obwodzie rawskim, zwłaszcza w porównaniu do takich organizacji z bardzo lesistych i dużych gmin nad Pilicą i w zachodniej części powiatu. W połowie 1944 r. liczyła około 100 ludzi zaprzysiężonych, pełne 3 plutony.

Gmina nasza, położona daleko od komendy obwodu w Rawie i inspektoratu, początkowo w Warszawie, a następnie w Piotrkowie Trybunalskim uchodziła w czasie okupacji za stosunkowo spokojną. Dlatego właśnie było u nas dość dużo ludzi konspiracji z innych terenów, w tym z Warszawy, tu się ukrywających. Stacjonowały także w tej gminie oddziały leśne zagrożone chwilowo w swoim terenie, zwłaszcza po dokonanych akcjach na jednostki wojskowe okupanta.
................
Osobliwością konspiracji w gm. Stara Wieś było to, że organizacja AK była tu monopolistą, bowiem nie mieliśmy na swoim terenie konspiracji ludowej i komunistycznej. Natomiast w sąsiednich gminach działały mniejsze lub większe oddziały BCh i AL. To z pewnością sprawiło, że po wyzwoleniu w gminie naszej jako ostatniej powstały organizacje PPR i Stronnictwa Ludowego.

Podjąłem się spisania powyższych uwag, aby niepamięć nie skryła tych skromnych osiągnięć starowiejskiej konspiracji, zanim odejdą ostatni jej świadkowie i uczestnicy. Myślę, że jest moim obowiązkiem, jeśli nikt inny dotąd tego nie uczynił, utrwalić sylwetki ludzi, którzy tworzyli tu zręby niepodległej ojczyzny. Może po ludziach przeze mnie wymienionych, jak i pominiętych pozostanie pamięć zbiorowa i indywidualna, a także świadomość, że w miarę swoich skromnych możliwości wypełnili do końca powinność wobec kraju. Mam też świadomość, że relacja ta, jak mi się wydaje, podjęta jako pierwsza, może nie być pełna.
Tym bardziej, że jest rejestrowana po upływie pół wieku. Dawno temu odeszli główni aktorzy opisanej działalności należący do organizatorów kierownictwa i pierwszych konspiratorów w gminie. Mam tu na myśli „Topora", „Karola", „Alka", panie Czermińską i Goralską, mojego ojca. Nic nie wiemy o „Orle".

Organizacja nasza nie poniosła szczęśliwie większych strat w czasie okupacji. Represje dotknęły moich kolegów dopiero po wyzwoleniu. Nie na wiele się zdało, że całe kierownictwo i najaktywniejsi członkowie AK-owskiej konspiracji opuścili Starą Wieś wcześniej, niż dotarły tu nowe władze. Władysław Wilk „Topór" został aresztowany przez NKWD z Łowicza, wkrótce po przybyciu do swojej wsi. Żona jego dotarła do przedstawiciela NKWD przy UB w Rawie Mazowieckiej, któremu „Topór", jako jeńcowi niemieckiego obozu, uratował życie. Ów NKWDzista z trudem wyrwał z rąk swoich kolegów zmaltretowanego już straszliwie „Topora" i nakazał mu natychmiastowe ukrycie się. Wówczas ojciec mój, który wcześniej zainstalował się w Łodzi, ściągnął tam „Topora" . Obaj Władysławowie pracowali w firmie spedycyjnej „Warrant", którą zorganizował ich znajomy dyr. Ulatowski, ukrywający się w Starej Wsi, chyba od czasu powstania warszawskiego.
W Łodzi znalazł się także dowódca naszego pionu bojowego A. Religa. „Orzeł", i podjął tu studia wyższe. Ponieważ nie miałem możliwości kontynuowania podczas okupacji nauki na tajnych kompletach, uczyłem się w prywatnym gimnazjum i liceum pana Duczymińskiego ( lwowiaka) przy ul. Piramowicza w Łodzi. W Łodzi znalazł się podobno także wspomniany przeze mnie na początku relacji „Karol".

Panie Czermińska i Góralska musiały, na podstawie dekretu o reformie rolnej opuścić swój majątek Starą Wieś w ciągu 24 godzin z jedną tylko walizką bagażu,, pozostawiając dorobek wielu pokoleń przodków.




Dwór w Starej Wsi

Różnym szykanom poddawana była rodzina Koprowskich, nazwana przez nową władzę wrogami ludu. Oni również, choć nie obszarnicy, mieli opuścić pow. rawski. Pani Cecylii Koprowskiej zapamiętano, że swoim uczniom mówiła na lekcjach o heroicznej bitwie ludzi z oddziału „Dzik" i że w rocznicę Ich bohaterskiej śmierci poprowadziła młodzież szkolną do Szwejk Nowych, aby złożyć wiązanki kwiatów w hołdzie poległym.
Są też, jak to bywa z historią konspiracji, znaki zapytania.
Nie wiemy kim był „Karol", organizator konspiracji AK w gm. Stara Wieś. Nie ustaliłem tego, niestety, dopóki żyli jeszcze najbliżsi mu ludzie, jak panie Góralska i Czermińska, które z pewnością coś o nim wiedziały.

Zastanawiając się nad tym później przypuszczałem na podstawie pewnego podobieństwa, że mógł być to jeden z braci gen. Andersa. W Starej Wsi ukrywał się przez ok. dwa lata ojciec generała Albert Anders i tutaj zmarł. Pani Czarmińska wraz z moim ojcem zawieźli ciało do Warszawy i pochowali na cmentarzu ewangelicko-augsburskim.
W parę lat po wojnie „Karol" odwiedził w Warszawie swoją najbliższą współpracownicę ze Starej Wsi, Stanisławę Góralską. Z tego co zapamiętał jej syn, 10 letni wówczas Janek Goralski, pan „Karol" przybył z Łodzi. Opowiadał, że został tam aresztowany i był przez dugi czas maltretowany w słynnej katowni WUBP w Łodzi przy ul Sterlinga.
Łódź była więc w tych trudnych powojennych latach „ziemią obiecaną" i azylem dla uczestników organizacji AK w Starej Wsi, choć niezbyt dla nich łaskawą.
Okupacja minęła jak zły sen, ale nie ustała walka wielu ludzi AK o wolną Polskę. Niezmordowana Stanisława Góralska w czerwcu 1945 r. przybyła do Starej Wsi w przebraniu wiejskiej kobiety a zatrzymała się u rodziny Koprowskich, jej sąsiadów przez ścianę w czasie wojny. Celem jej wizyty był werbunek pozostałych tu jeszcze ludzi AK do oddziałów zbrojnych „za Pilicą", jak tu mawiano, a konkretnie w pow. opoczyńskim. Po krótkim czasie ponownie przybyła do Koprowskich również konspiracyjnie, aby wstrzymać akcję werbunkową z uwagi na aresztowanie przez UB organizatorów nowej partyzantki.
W trzydzieści lat po wojnie zawiozłem do Starej Wsi żonę, aby jej pokazać, a sobie przypomnieć miejsce młodości mojej z lat 1930-1 945.
Przez wiele lat śniły mi się te miejsca. Jakże często śniłem, że jestem ścigany przez żołnierzy niemieckich i nie mogłem uciekać z powodu nóg ciężkich jak z ołowiu.

To co ujrzeliśmy w 1975 r. było dla mnie równie koszmarne jak ów pookupacyjny sen. Nie znalazłem śladu po zabytkowym dworku, niemym świadku fragmentu naszej historii. Spłonął z winy nowego użytkownika, nauczyciela.
Park otaczający dwór z trzech stron został wycięty na opał.
Podobny los spotkał stary, duży sad. Nie było już żadnego z dużych, murowanych budynków jak stajnie, obora, chlewnia, stodoła. Ostał się tylko XVIII wieczny drewniany, piętrowy, kryty czterospadowym dachem spichlerz, wpisany podobnie jak wspominany przeze mnie stanisławowski dworek, do rejestru zabytków.
Zapamiętane z młodości wielkie prostokąty miododajnych pól żółtych jak okiem sięgnąć gdy zakwitał rzepak ozimy, a obok białe i czerwone łany koniczyn, niebieskie i różowe łubinów wąskolistnych, zieleń, a później złoto zbóż, także nie istniały. Zobaczyliśmy teraz rozrzucone bez ładu i składu zagrody nowych rolników z reformy rolnej z maleńkimi obskurnymi domkami i takimiż zabudowaniami gospodarskimi. Nadano oto robotnikom rolnym i bezrolnym chłopom działki gruntu 3-4 hektarowe, za małe, aby utrzymać z tego rodzinę. Nowi rolnicy nie otrzymali od państwa żadnej pomocy na zagospodarowanie, wzniesienie budynków, kupno maszyn rolniczych, bydła, koni.
Chciałem odwiedzić mojego kolegę szkolnego, należącego również do AK. Ale spotkany przez mnie w Starej Wsi jako pierwszy nauczyciel odradził mi, twierdząc, że mój kolega będzie się wstydził swojej biedy. I to mimo, że jego ojciec, najstarszy wiekiem robotnik majątku otrzymał najlepszą, 3,5 hektarową działkę gruntu.
Te moje odwiedziny zburzyły liryczny, kolorowy obraz świata młodości.
Już nie mogę teraz podczas bezsennych nocy przywoływać na pomoc barwnych pól starowiejskich.
Nakładają się na nie obecnie obrazy rachitycznych zagródek wiejskich i bieda ich właścicieli. Mnie, biofilowi żal jest tych urokliwych, żyznych niegdyś łanów, choć nigdy niebyły moje, i smutno mi, że tamten mój romantyczny świat nigdy nie wróci.

Jan Stańczyk - Warszawa

Dziękujemy Panu Janowi Goralskiemu za udostępnienie pamiątek ze swoich zbiorów rodzinnych.

GP




:: Komentarze ::
Brak komentarzy.
:: Dodaj komentarz ::
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
:: Oceny ::
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
:: KLIKNIJ ::

JESTEŚMY NA FACEBOOKU


Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej
:: DREWNIANE DOMY ::

Link do albumu

Link do zestawienia fotografii
:: ZE STAREJ PRASY ::

Wieś Ilustrowana art. z 1910 r.- "Rawskie"
:: Shoutbox ::
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Piotr Klempnerowski
13.02.2012 15:30:18
Bardzo interesująca strona i pomysł na Stowarzyszenie. Gratuluję.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl