:: STRONA ::

:: STOWARZYSZENIE ::

:: ZAWARTOŚĆ STRONY ::

:: Logowanie ::
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
:: Zagłada-Bitwa w Szwejkach ::

ZAGŁADA - BITWA W SZWEJKACH



Z DZIEJÓW RAWSKIEGO PODZIEMIA
Eugeniusz Wawrzyniak
Fragment książki str.122-127

Ale nad oddziałem „Dzik" od dłuższego czasu gromadziły się „czarne chmury". Niemcy postanowili za wszelką cenę zlikwidować go, tkwił bowiem jak przysłowiowy cierń w ich organizmie.
W końcu listopada 1944 r., w dniach 24 i 25, partyzanci zakwaterowali w Konstantynowie u Jana Tkaczyka, skąd wieczorem tego dnia przeszli do wsi Szwejki Wielkie Nowe - około 6 km na południe od Białej Rawskiej. Tam zajęli kwaterę u Jana Biedrzyckiego na tzw. Górce. Zagroda była położona około 150 m od drogi biegnącej przez wieś i blisko 2 km od najbliższego lasu.
Zabudowania gospodarcze otaczały drzewa młodego sadu, za którym rozciągał się niczym nie osłonięty teren.

Niedziela 26 listopada 1944 r. była mroźna i jakaś ponura. Mieszkańcy wsi szli grupkami do pobliskich Sadkowic na niedzielną mszę św. Około godz. 9.00 pod partyzancką kwaterę zajechała furmanka powożona przez łącznika „Handlarza" (Kazimierz Byszewski), który przywiózł na rozmowy kpt. „Zawrata" (Edmund Morkowski) z Komendy Obwodu.
W tym czasie Niemcy, zaalarmowani wzmożonymi ruchami partyzantów, wyruszali na pacyfikację tutejszego terenu, W skład jednostek pacyfikacyjnych, w sile około batalionu, wchodzili: żandarmi, funkcjonariusze Sipo, Schupo, volksdeutsche z Selbschutzu, własowcy oraz granatowa policja - ściągnięci z Rawy Mazowieckiej i Tomaszowa Mazowieckiego.
Pacyfikacyjne grupy przeczesały Chodnów i Szczuki, a następnie skierowały się przez Wypaleniec i Gośliny do Konstantynowa. Tam znaleziono dwóch rannych partyzantów z oddziału „Dzik", których razem z gospodarzem Janem Tkaczykiem wywlekli z domu. Z pozostałych domostw zabrali m.in,: braci Jana i Władysława Piekarskich, Romana i Wojciecha Dobroszów (ojciec i syn), Stanisława Małachowskiego, Władysława Adamczyka z synem Stanisławem oraz Jana Milczarka.
Z 12 wówczas zabranych i wywiezionych do obozów koncentracyjnych powróciło po wojnie jedynie dwóch.

Po ujęciu rannych partyzantów Niemcy wpadli na ślad oddziału „Dzik". Wiedzieli już, że kwateruje w Szwejkach Wielkich Nowych u Biedrzyckiego, ale w tej wsi było dwóch gospodarzy o takim nazwisku. Gdy Niemcy wchodzili do Konstantynowa, kierując się na Szwejki, dostrzegł ich jeden z gospodarzy - Kołacz- Przybiegł co tchu na „Górkę" i ostrzegł partyzantów.

Do dziś nie wiadomo, dlaczego partyzanci nie usłuchali namowy gospodarzy i nie opuścili zajmowanej kwatery. Szansę odskoku były wprawdzie znikome do odległego o 2 km lasu należało przedostać się odkrytym terenem, na którym Niemcy mogli wysiec do nogi cały oddział, ale i pozostanie w ukryciu na kwaterze było także bardzo ryzykowne. Jednakże ppor. „Władysław" wybrał ten drugi wariant i rozkazał zabrać zapasy amunicji ukryte w stodole oraz przeczekać pacyfika¬cję na strychu kwatery.
Gdy partyzanci wspinali się na strych, przybyły rankiem łącznik „Handlarz" z oficerem Komendy Rawskiej kpt. „Zawratem" wsiedli bezzwłocznie na furmankę i skierowali się do Wypaleńca. Na wysokości Konstantynowa minęli niemiecką kolumnę, która na szczęście nie zainteresowała się chłopską furmanką i dwoma wieśniakami.
Dochodziła godzina 11.00, gdy niemieckie ubezpieczenie podeszło pod zagrodę Biedrzyckiego, ale nie Jana, o którego im chodziło. Nie zastali tam oczywiście partyzantów. Wywlekli więc gospodarza i pognali przed sobą, aby ich prowadził do oddalonej około 200 m zagrody Jana Biedrzyckiego. Szli już zupełnie pewni, że jeśli partyzanci nie opuścili tego domostwa, to na pewno ich tam dopadną. Zbliżyli się rozciągniętym półkolem, zatrzymali niedaleko
obejścia i wysiali dwóch własowców, którzy weszli ostrożnie do chaty. Złożony chorobą gospodarz próbował ich wystraszyć rzekomym tyfusem i wraz z żoną zapewniali, że „bandytów" tu nie ma i nie było. Ale podejrzliwi kolaboranci nie dali się zwieść i zaczęli myszkować po izbach. Już mieli wychodzić, gdy jeden z nich zauważył mnóstwo niedopałków z papierosów walających się koto kuchni i zainteresował się wejściem na strych.
- Gdzie drabina ?! - warknął.
- Nie ma, połamała się...
Ale własowcy nie dają za wygraną. Podstawiają beczkę, a na nią stawiają stołek i wspinają się na strych. Gdy w czeluści otworu ukazał się pierwszy z nich, padł strzał; któryś z partyzantów nie wytrzymał nerwowo i wystrzelił. Odruchowa i nie przemyślana reakcja pociągnęła za sobą tragiczne skutki. Własowiec zwalił się jak kłoda i popychany przez kompana wyczołgał się z wrzaskiem na podwórze.
Wtedy czekający na zewnątrz Niemcy wraz ze swymi pomocnikami otworzyli na chatę piekielny ostrzał, otaczając gęstym pierścieniem zabudowania. Partyzanci odpowiedzieli również ogniem i zaczęła się długa, krwawa walka...

„To była niedziela - wspomina Józefa Biedrzycka - chyba około 11.00. Siedzieli u mnie te chłopaki przy piecu. Zziębnięte to było jak psiaki. Akurat zeszłam ze strychu z gruszkami dla nich, gdy oni jeden za drugim wspinali się na górę. Wyszłam przed dom i wtedy zobaczyłam pełno Niemców. Boże mój, ilu ich było! A potem jak się rozpętała ta strzelanina, to ja schowałam się pod łóżko, a moje dwie córki pobiegły do sąsiada. W domu pozostała ze mną także wysiedlona kobieta z dziećmi - chłopakiem i siedmioletnią dziewczynką, Ta kobieta została potem zabita o zachodzie słońca. Jej syn, który miał kilka lat, schował się za snopkiem, ale też go zabili. Tu, panie, w tym miejscu pod oknem leżał spalony partyzant, a drugi spalił się w piwnicy. Najpierw to bronili się w domu".
Kolejny niemiecki pocisk zapalił strzechę. Kłęby duszącego dymu i płomienie zepchnęły partyzantów na parter. Gospodarz Biedrzycki zwlókł się z łóżka i resztkami sil podbiegł do drzwi. Tam padł ciężko ranny, ale podniósł się i zaczął się wyczołgiwać przed dom.
Przebywająca tam wysiedlona kobieta spod Radzymina zginęła na miejscu z nieletnim synem. Jej córkę chwyta Biedrzycka za rękę i wybiega z płonącej chaty. Widzi, jak jeden z Niemców mierzy do niej z karabinu, ale drugi kiwa zachęcająco ręką i wola: - Komm, komm.
Partyzanci cały czas ostrzeliwują zza okien, ale płomienie ogarniają cały budynek. Muszą wiec opuścić, pod niesłabnącym ostrzałem, palący się dom i przeskoczyć do stojącego opodal murowanego budyneczku gospodarczego. Dwóch partyzantów ginie w płonącej chacie. Pozostałym udaje się przebiec ostrzeliwany teren. Wpadają do murowanej obórki i walczą dalej. Nieustępliwa, zacięta obrona przeciąga się do wieczora. W szeregach zdeterminowanej garstki obrońców przybywa zabitych i rannych. Niemcy bez przerwy atakują, ponosząc również straty w zabitych i rannych. Wreszcie podciągają działko potowe i biją z niego w kruche mury obórki -ostatniego partyzanckiego bastionu. Budynek zaczyna się walić, na obrońców sypie się gruz, ale partyzanci nie poddają się minio wielokrotnych nawoływań do złożenia broni. Chcą przeciągnąć walkę do wieczora, aby pod osłoną ciemności przebić się do lasu.

Tymczasem zapada, jak na złość, bezchmurny wieczór. Partyzanci kilkakrotnie próbują wyrwać się z matni, ale Niemcy zdążyli już podciągnąć reflektory oświetlając nimi walczących. W jeden z reflektorów trafia wprawdzie seria partyzanckich pocisków, ale natychmiast szybują w górę rakiety oświetlające teren walki. Ponawiane próby przebicia się poza oświetlany i gęsto ostrzeliwany teren są z góry skazane na niepowodzenie. Ale ranny w obydwie nogi Władysław Major wyczołgał się jednak z ostrzeliwanej obórki;
udało mu się prześlizgnąć przez niemiecki pierścień i bliski śmierci dotarł do Kolonii Sadkowickiej. Tam się ukrył u swego teścia Jakuba Długowskiego, który odwiózł go do majątku Gogolin. Odwieziony później do przychodni w Nowym Mieście, po doznanym szoku, popełnił samobójstwo.
Mijała północ. Partyzanci głodni, spragnieni i zziębnięci nadal bronią się rozpaczliwie. Na pewno już wiedzą, że każda następna godzina walki to tylko odwlekanie tego, co ma nieuchronnie nastąpić...
W poniedziałek 27 listopada 1944 r., około godziny 4.00, po prawie 17-godzinnej walce strzały na partyzanckich pozycjach zamilkły. Kilku partyzantów, nie chcąc się poddać, pozbawiło się życia ostatnim wystrzałem.
Na pobojowisku pozostało 25 zabitych.„Przepiórkę" ujęto tuż przed akcją.
Zginęły także trzy cywilne osoby: wysiedlona spod Radzymina kobieta ze swoim synkiem oraz ranny gospodarz Jan Biedrzycki, dobity strzałem z pistoletu przez żandarma, tuż po zakończonej akcji. Z pogromu ocalała jedynie jego żona Józefa z córką wysiedonej kobiety. Biedrzycką zabrano zaraz do więzienia w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie ją trzymano 7 tygodni.

Niemcy pozostawili na pobojowisku poległych partyzantów i odjechali ze swymi rannymi oraz z częścią poległych. Po godzinie powrócili. Porobili sobie pamiątkowe zdjęcia na tle zabitych partyzantów, a potem kazali wykopać za stodołą duży dół i tam ich pogrzebać.

Spośród 25 pochowanych zdołano ustalić dane personalne tylko niektórych:
1. pptw. „Władysław" (Henryk Sieczkowski) - l. 25
2. Stanisław Gomółka (ps. nie ustalony) - l. 18
3. kpr. „Krakowiak" (Stanisław Wojtyło) -1. 23
4. „Kogut" (Marian Zaborowski)
5. pchor. „Skrzetuski" (Zenon Lauks) -l. 24
6. Eugeniusz Brzeski (ps. nie ustalony) - I. 25
7. Jerzy Kincel (ps. nie ustalony)
8. Leonard Sawicki (ps. nie ustalony)
9. ppor. „Kolka" (Józef Piekarski) - był na inspekcji
10. st. strz. „Sęp" (Józef Adamczyk)
11. „Kruk" (Aleksander Duda)
12. „Dąb" (nazwisko nie ustalone) - z Rawy Mazowieckiej
13. „Skorpion" (Janusz Przepałowski)
14. „Bąk" (nazwisko nie ustalone).

Ustalono ponadto dane kilkunastu dalszych partyzantów z oddziału „Dzik", którzy nie brali udziału w walce. Czterech z nich było wprawdzie w plutonie ppor. „Władysława", ale tragicznego dnia trzej: st. strz. „Korab", „Vis" (Zenon Czekański) i „Kiepura" przebywali na przepustkach, a st. strz. „Colt"-„Pirat" leżał chory na „melinie". Mówią o tym Rozkazy dzienne, podpisane przez ppor. „Władysława", nry: 71 z 28.10, 72 z 30.10 i 85 z 14.11.

Natomiast partyzanci wymienieni w Aneksie nr 4 (s. 194-200) z literką „L" wchodzili w skład plutonu sierż. „Lermana" i większość z nich kwaterowała tego dnia w Janolinie, oddalonym od miejsca tragedii około 20 km - na zachód (za Rawą Mazowiecką).

Niemcy ponieśli również stosunkowo duże straty, szacowane na znacznie większe niż partyzanci. Część zabitych pochowano na cmentarzu w Tomaszowie Mazowieckim, przy szosie piotrkowskiej, innych zaś w miejscowościach stacjonowania ich jednostek. Między ciężko rannymi znalazł idę 32-letni esesmann - Georg Boettig, z ekspozytury Sipo i SD w Tomaszowie Mazowieckim, urodzony i wychowywany w tym mieście - nazywany „krwawym katem Zapiecka". Za swe zbrodnie w tomaszowskiej ekspozyturze był Sądzony w 1970 r. przez Sąd Krajowy w Niemczech, w Dannstadt koło Frankfurtu.
Z meldunków komendanta Obwodu AK Rawa Mazowiecka z 2 i 10 grudnia 1944 r. wynika ostatecznie, że strona niemiecka straciła 34 zabitych i kilkudziesięciu rannych.



:: Komentarze ::
Brak komentarzy.
:: Dodaj komentarz ::
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
:: Oceny ::
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
:: KLIKNIJ ::

JESTEŚMY NA FACEBOOKU


Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej
:: DREWNIANE DOMY ::

Link do albumu

Link do zestawienia fotografii
:: ZE STAREJ PRASY ::

Wieś Ilustrowana art. z 1910 r.- "Rawskie"
:: Shoutbox ::
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Piotr Klempnerowski
13.02.2012 15:30:18
Bardzo interesująca strona i pomysł na Stowarzyszenie. Gratuluję.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl