Mamy pomysl na przeniesienie serwisu, jest szansa ze wszystko zostanie bez zmian, w cišgu kilku najbliszych dni moga pojawic sie przerwy techniczne, caly czas dzialamy.
:: STRONA ::

:: STOWARZYSZENIE ::

:: ZAWARTOŚĆ STRONY ::

:: Logowanie ::
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
:: Dalsza część wspomnień Moja Biała Rawska Jacka Doleckiego ::
DALSZA CZĘŚĆ WSPOMNIEŃ JACKA DOLECKIEGO



A tymczasem dookoła ...

Pamiętam, że idąc od nas koło Apteki skręcało się w prawo na Goślinki i trzeba było przechodzić koło cmentarza. Skręcając chyba przed cmentarzem w lewo, szło się do stacji kolejki wąskotorowej.
Przypominam sobie, że kilka razy musiałem iść aż na Goślinki po obierki dla kozy, ale czy to były spacery po obierki czy w innym celu, nie pamiętam. Wiele razy jeździłem z Mamą kolejką do Rawy Mazowieckiej, a kilka razy dalej do Rogowa i pociągiem do Warszawy. Mama opowiadała taką zabawną historię, że kiedyś w kolejce siedzieliśmy niedaleko dwóch żołnierzy niemieckich, którzy byli Ślązakami i mówili po polsku.
Zapytali się mnie, kogo bardziej lubię, mamusię czy tatusia. A ponieważ zajadali kiełbasę, odpowiedziałem, że najbardziej to ja lubię kiełbasę. I dostałem kawał kiełbasy. Nie chciałbym, żeby te historie wyglądały tylko na opowieści o dobrych Niemcach, ale takie też utkwiły w mojej pamięci. Pamiętam, że konduktorem w kolejce był Pan Patyk, a kolejka między Rawą, a Białą nieraz tak zwalniała, podobno celowo, że zainteresowani - jak opowiadała później Mama, zdążyli wyskoczyć do leśnej bimbrowni i wrócić.
Mam zdjęcie kolejki na stacji w Białej, na którym jestem z Mamą i panem Patykiem.



Ilustracja 22: Rok 1943/1944 - Maria i Jacek Doleccy na tle kolejki wąskotorowej w Białej Rawskiej, na peronie, przy lokomotywie stoi przodem konduktor P. Patyk

Pamiętam, że wszystko co się wydarzyło w Białej lub okolicy pozytywnego, a ze szkodą dla Niemców, przypisywano Rzeźnickiemu. Gdzieś zabito Niemca - Rzeźnicki. Gdzieś zarekwirowano jakąś kasę - to na pewno Rzeźnicki. Postraszono granatowych policjantów, komuś sprawiono lanie (podobno miało to miejsce we dworze), kogoś tam rozbrojono - to mógł zrobić tylko Rzeźnicki. Nawet my, dzieci, słyszeliśmy wszędzie Rzeźnicki, Rzeźnicki. Któregoś roku, w noc sylwestrową, witaliśmy Nowy Rok.
Impreza odbywała się w mieszkaniu p. Henryki Rychwalskiej. Było bardzo dużo ludzi, m.in. Pani Halina Kaczmarow z Hanką i Andrzejem, moja Mama ze mną i Hanką, gospodarze i wiele innych osób dorosłych i dzieci, których nie pamiętam. Dzieci miały oddzielny stół, w oddzielnym pokoju i tam się wygłupialiśmy po swojemu. Natomiast dorośli bawili się obok, w dużym pokoju, którego okna wychodziły chyba na ogród.
Pamiętam to, gdyż przez te okna wychodziliśmy nieraz wcześniej z mieszkania Pani Rychwalskiej do ogrodu, żeby nie wychodzić na podwórko, bo tam królował ogromny pies "Perkun", którego się bardzo baliśmy, a który nigdy nikomu nic złego nie zrobił. W domu panowała maleńka suczka, chyba "Zolka".
W tą sylwestrową noc, nagle otworzyły się te okna od ogrodu, był mróz, więc zrobiło się bardzo zimno i w oknach zobaczyliśmy kilkunastu mężczyzn z karabinami na piersiach, w kożuchach i czapach zimowych.
Dorośli byli chyba na to przygotowani, bo nikt się nie przestraszył. Tamci panowie pozostawali cały czas za oknem. Ściskano się, obejmowano, wymieniano życzenia i toasty. Przyjęto i wyposażono gości "czym chata bogata" i wesoło pożegnano. Na drugi dzień Mama powiedziała mi, że to był właśnie Rzeźnicki.
W tej chwili przypomniałem sobie, że taka sama sytuacja miała miejsce jeszcze jeden raz, w tym samym mieszkaniu, ale chyba z okazji Świąt Bożego Narodzenia, podczas Wigilii, bo śpiewaliśmy wspólnie kolędy.
Taka to była ta Bialsko - Rawska wolna Rzeczpospolita. Dzięki tym dzielnym ludziom z lasu i tym, którzy działali na zapleczu, narażając siebie i swoich najbliższych.

Przypominam sobie, że przez cały okres okupacji, w naszej kuchni gotował się jakiś wielki gar z praniem. Podczas zdejmowania tego gara z kuchni, kazano mi wychodzić, żebym się nie poparzył. Potem pranie z tego gara zanosiliśmy na strych. A następnie, już suche, było ładowane do specjalnej torby i ja siedziałem w bramie na tej torbie, czekając na odbiór. Zjawiał się jakiś Pan - zawsze wieczorem - zabierał bez słowa torbę z praniem i pozostawiał mi inna torbę z brudami. I proces się powtarzał. Byłem przekonany, że w ten sposób sobie dorabiamy. Dopiero po wojnie, Mama powiedziała mi, ze to były "gacie" i koszule chłopaków z lasu. Ktoś musiał to robić. W rekompensacie, dostawaliśmy nieograniczoną ilość węgla i drzewa, które "ktoś" pozostawiał w naszej komórce. Pranie to początkowo robiła moja Mama z Babcią, a po Powstaniu Warszawskim , przybyła z Warszawy dzielna ciocia Antosia. Mama mówiła, że ciocia naiwnie pytała się Mamy, ilu ich tam jest w tym lesie, skoro przynoszą nieraz 20 par "gaci".
I dedukowała, że chyba ich jest dwudziestu. Jest to na pewno nieistotny epizod tej wojny, ale bardzo zależy mi na tym, aby znalazła się jakaś wzmianka o tej pracy dla partyzantów, gdyż bez tego byłoby im ciężko. Dobrze, że nie zwróciło to niczyjej uwagi.

Przez jakiś czas na podwórku naszego domu, tzn. domu Pana Musiałka, stacjonował niemiecki wóz konny, mocny, wojskowy. Woźnica, starszy wiekiem żołnierz niemiecki, w mundurze, codziennie wieczorem wjeżdżał na podwórko naszego domu, wyprzęgał konia, prowadził go do stajni i tam zostawiał na noc.
A rano przychodził, zaprzęgał konia do wozu, wyjeżdżał i cały dzień go nie było. Po jakimś czasie "zaprzyjaźniłem" się z tym woźnicą i wiele razy jeździłem z nim, siedząc obok niego na koźle.
Nie myślałem, że to przecież okupant. Nawet bardzo lubiłem to jeżdżenie. Widziałem, że on na tym wozie woził jakieś skrzynki z warzywami, jakieś beczki i takie jakieś różne rzeczy, ale co konkretnie, tego nie pamiętam. Jednego razu, gdy wsiadaliśmy na wóz, podniósł klapę siedzenia i pokazał mi, że tam ma cukierki i pozwolił mi je brać. Jeden raz, kiedy ja z nim nie jeździłem, przywiózł ze sobą zabitą już kurę.
Przyniósł do nas i dal mojej Babci prosząc, żeby mu ją ugotowała na jutro. Mówił wtedy kalecząc po polsku i Babcia orzekła, że on jest Ślązakiem, co się później potwierdziło. Następnego dnia przyszedł rano, kazał sobie odciąć jedną nogę, a resztę zostawił dla nas.

Przez Białą przejeżdżało bardzo dużo wycofujących się wojsk niemieckich. Pewnego dnia pod wieczór na nasze podwórze wjechały dwa, a może trzy, wielkie wozy konne, na których siedzieli i leżeli żołnierze. Mieli inne mundury niż Niemcy i nie rozmawiali po niemiecku. Niektórzy byli ranni i mieli obandażowane głowy. Na podwórze zeszło się dużo dzieciaków i początkowo nieśmiało, z obawą, a później coraz śmielej, zaczęliśmy do nich podchodzić. Coś nieznanego jedli i dawali też nam do zjedzenia.
Niektórym to bardzo nie smakowało, niektórym śmierdziało i nie chcieli jeść. Mnie smakowało. Moja Mama wyjaśniła nam, że jest to ser szwajcarski. Później, przy pomocy dorosłych, wyjaśniło się, że to byli Węgrzy.
Mieli na głowach furażerki. Zostali na podwórku na noc, a rano już ich nie było. Nie wiem, z której strony przyjechali i w którą odjechali.

Mama moja z racji pracy konspiracyjnej ciągle gdzieś wyjeżdżała. Pewnego dnia rano, kiedy Mama gdzieś wyjechała i nie było Jej w domu, przyszedł do nas miejscowy granatowy policjant w towarzystwie Niemca w mundurze i zapytali o Mamę, gdzie jest. W mieszkaniu była tylko Babcia i ja. Babcia, zgodnie z prawdą odpowiedziała, że Mama gdzieś wyjechała i nie wiadomo, kiedy wróci. Ten policjant polecił, aby Mama natychmiast po powrocie zgłosiła się na posterunek tutejszej policji.
Nie byli wobec nas jacyś nieprzyjemni. Po tym poleceniu wyszli z mieszkania. Babcia odprowadziła ich do drzwi i kiedy znaleźli się w bramie domu, z ulicy weszła Mama. Widząc ją, ten granatowy policjant, który Mamę znał osobiście, zwrócił się do Niej: "Może pani wie, gdzie jest pani Dolecka, bo jest bardzo potrzebna i jej szukamy." Mama odpowiedziała, że nie wie, bo już jej dawno nie widziała. A ten policjant na to:"Gdyby pani ja spotkała, to niech się natychmiast do nas zgłosi" i obaj wyszli. Dobrze, że byłem wewnątrz mieszkania i tego nie widziałem, bo mógłbym zareagować niewłaściwie. Kiedy wszyscy ochłonęli po tym incydencie, Mama natychmiast spakowała co trzeba i wyjechaliśmy oboje do Krakowa. Ukrywaliśmy się u mojej chrzestnej, cioci Jadzi, przy ul. Kanoniczej. Mama oczywiście nie siedziała bezczynnie, tylko jeździła do Wieliczki na tajne nauczanie. Tak było przez kilka tygodni, aż Mama swoimi "kanałami" dowiedziała się, że Niemcom chodziło o sprawdzenie, czy Mama nie prowadzi w Białej tajnego nauczania.
Wróciliśmy więc do Białej, a Mama musiała się meldować na posterunku niemieckim w Rawie Mazowieckiej co tydzień. To jest dowód na to, że sieci konspiracji sięgały daleko. Mama wymieniała nazwisko tego policjanta, który ją ostrzegł, ale go nie pamiętam. Pewnego dnia wieczorem, kiedy już spałem, Mama obudziła mnie, kazała się ubrać i poszliśmy do sąsiedniego domu, gdzie mieszkała Pani Halina Kaczmarow z dziećmi. Tam, w dużym pokoju, siedziało kilkunastu partyzantów z karabinami i w kożuchach, bo była zima. Mama powiedziała, że panowie proszą, abym zaśpiewał im swoją ulubioną piosenkę "Żołnierz drogą maszerował". Piosenkę tą Mama mnie wcześniej nauczyła. Prośbę panów wykonałem z ochotą, bo lubiłem się popisywać. Postawiono mnie na dużym kufrze i śpiewałem. Mama mówiła mi, że prawie wszyscy płakali, słuchając tej piosenki.



Ilustracja 23: Dn. 02.10.2010 r. Jacek Dolecki w czasie wystawy fotografii zorganizowanej przez BSH, na Festiwalu Jabłka w Woli Chojnata, na tle fotografii, na której znajduje się wraz z Mamą przy kolejce wąskotorowej

Nie pamiętam, w którym to było roku, Szkoła była już nieczynna. Na polecenie okupantów, wraz z Mamą poszedłem do szkoły. Zmierzało tam już wielu innych mieszkańców Białej. W szkole, w klasach (dwóch lub trzech od drzwi) leżeli zabici mężczyźni, ubrani w kozuchy i kurtki. Niektórzy byli zakrwawieni.
W każdej klasie leżało na podłodze kilku, więc w sumie było ich kilkunastu. Było to w klasach, których okna wychodziły na podwórko. Wszyscy przechodzili kolo tych klas, zaczynając od głębi korytarza, a kończąc przy drzwiach. Tam stał niemiecki żołnierz i policjant granatowy, który pytał każdego, czy kogoś rozpoznał. Widziałem, że ludzie kręcili głowami.

Inny epizod, który z tych czasów pamiętam, to pogrzeb dziedzica Sułowskiego. To było na pewno pod koniec 1944 roku, bo na tym pogrzebie byłem z ciocią Antosią - siostrą Mamy, która przybyła do nas dopiero po Powstaniu Warszawskim, które w całości spędziła w Warszawie. Staliśmy bardzo blisko wykopanego grobu i trumny. Podczas spuszczania trumny do grobu, trumna obróciła się i ciało zmarłego wysunęło się z trumny. Był krzyk i pisk. Później grabarze wszystko doprowadzili do porządku i dokończono pogrzeb. Mówiono później, ze grabarze zrobili to specjalnie, bo podobno dziedzic Sułowski nie był w Białej lubiany. Jak faktycznie było - czy był to wypadek, czy celowe działanie - tego nie wiem.

Nie wiem nawet w przybliżeniu, w którym to było roku, ale chyba w porze letniej, bo było ciepło.
Zobaczyłem, że dużo ludzi szybko idzie w stronę kolejki. Z ciekawości i ja do nich dołączyłem. Za torami kolejki stał przy ulicy długi budynek z czerwonej cegły. Wejście było od strony bardzo dużego podwórza, na którym były usypane dość spore hałdy węgla. Był to chyba skład opalu. Wraz z innymi ludźmi wszedłem na pierwsze piętro. Był tam długi korytarz. W drugich lub trzecich drzwiach po prawej stronie ujrzeliśmy leżącą w trumnie na podwyższeniu młodą kobietę. Ubrana była w długą, zakrywająca całą trumnę, białą suknie ślubną. Zapamiętałem, że pod szyją miała ułożoną bardzo grubą warstwę waty lub czegoś białego.
Widziałem to dokładnie, bo przechodziliśmy bardzo blisko trumny. W tym czasie wszyscy głośno się modlili. Na korytarzu mówiono, że kobieta ta została zabita przez partyzantów, bo chciała wyjść za mąż za Niemca. Jeszcze później, długo po wojnie, wspomniałem Mamie o tej sprawie. Powiedziała mi, że to chyba była zemsta jakiegoś odrzuconego narzeczonego lub tragiczna pomyłka.

Pewnego dnia Mama powiedziała mi, że dzisiaj pojedziemy do Warszawy. Nie byłem tym zaskoczony, gdyż ciągle gdzieś wędrowaliśmy i byłem na to przygotowany. Do dzisiaj żyję tak, jakbym mieszkał na walizkach. W każdej chwili mogę w drogę. Ale wtedy okoliczności wyjazdu mnie zaskoczyły.
Poszliśmy gdzieś wieczorem, gdzie stał wóz chłopski wyścielony sianem lub słoma, siedziała na nim już Pani Henryka Rychwalska z córką Gosią. Nie pamiętam czy był też Jej syn Andrzej, ale raczej nie.
Wsiedliśmy na ten wóz i jechaliśmy jakimiś lasami, nocą. Było fajnie, ciepło i romantycznie. Z Gosią bardzo się lubiliśmy, mimo, że kiedyś podczas jakiejś sprzeczki rzuciłem w nią podkową i wybiłem jej zęba.

Za to jej brat Andrzej, który był od nas starszy o 6-7 lat, utopił w naszej studni kota. Ale Gosia była zawsze, do końca Jej życia - 5 lat temu - moją serdeczną przyjaciółką. Była moją "osobą towarzyszącą" na balu maturalnym, była na praktyce w szkole mojej Mamy, gdy była uczennica Liceum Pedagogicznego we Wrocławiu, była serdeczną koleżanką, gdy mieszkałem u Nich w Bierutowie w ciężkich czasach wyrzucenia z internatu. A gdy po studiach na AWF we Wrocławiu podjąłem pierwsza pracę w szkole, wspierała mnie swoją wiedzą, gdyż była już wtedy kierowniczką szkoły. I tak jechaliśmy nocą wozem konnym, w nieznanym nam kierunku. Pani Rychwalska miała jakąś rodzinę w Grójcu i kierowała się do nich. Razem z Mamą mieliśmy z nimi dojechać do Grójca, a później, nie wiem jak, do Warszawy, gdzie przebywała siostra Mamy - ciocia Antosia. Jechała z nami córka cioci Antosi - Hanka. Tuż przed Grójcem zatrzymali nas w lesie partyzanci i powiedzieli, że nie ma co jechać do Warszawy, bo tam wczoraj wybuchło powstanie, a oni idą tam z pomocą. A więc było to w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944 roku.
Pani Rychwalska z Gosią wysiadły z wozu i dalej poszły piechotą, a my z woźnicą wróciliśmy do Białej.
Strona 1 z 4 1 2 3 4 >
:: Komentarze ::
Brak komentarzy.
:: Dodaj komentarz ::
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
:: Oceny ::
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
:: KLIKNIJ ::

JESTEŚMY NA FACEBOOKU


Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej
:: DREWNIANE DOMY ::

Link do albumu

Link do zestawienia fotografii
:: ZE STAREJ PRASY ::

Wieś Ilustrowana art. z 1910 r.- "Rawskie"
:: Shoutbox ::
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Piotr Klempnerowski
13.02.2012 15:30:18
Bardzo interesująca strona i pomysł na Stowarzyszenie. Gratuluję.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl