:: STRONA ::

:: STOWARZYSZENIE ::

:: ZAWARTOŚĆ STRONY ::

:: Logowanie ::
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
:: Dalsza część wspomnień Moja Biała Rawska Jacka Doleckiego ::




Wyzwolenie

Pewnego zimowego poranka zobaczyliśmy, że pod nasze okna od strony ulicy - bo tylko takie mieliśmy, niemieccy żołnierze podciągnęli armatę. Stała tuż przy oknach. Lufę miała skierowaną prawie pionowo do góry. Przy tym bardzo głośno krzyczeli, że mamy się wynosić. Mama szybko ubrała mnie w najgrubsze rzeczy i kazała nam, bo mieszkała razem z nami babcia, ciotka Antosia i moja cioteczna siostra Hanka, iść do chlewika (obórki) P. Musiałka, gdzie były kozy i tam schować się. Szybko zaprowadziła nas tam i ze zdziwieniem zobaczyłem, że w tej obórce otwarty był w podłodze jakiś przywalony sianem właz.
Chociaż przez kilka lat niemal codziennie tam chodziłem, nigdy go nie widziałem. Zeszliśmy po drabinie do jakiegoś ciemnego i dusznego pomieszczenia, gdzie zobaczyłem po pewnym czasie, że jest kilkanaście osób, dorosłych i dzieci, z których niektóre płakały. Dorośli je uciszali. Właz został zamknięty i tak po ciemku siedzieliśmy. Nic nie było z zewnątrz słychać.
Mimo, że byłem bardzo wścibski i ciekawski, nigdy przedtem nie widziałem tego schowka. Po wejściu tam w momencie zagrożenia stwierdziłem, że jest tam kilkanaście nieznanych mi osób z dziećmi.
Nie pobudziło to mojego zdziwienia, ale po wyjściu z tego bunkra, może po kilku dniach, zapytałem Mamę, co to za ludzie. Pamiętam dokładnie, że odpowiedziała, iż ci ludzie byli tam przez całą wojnę. Jako "stary konspirator" wiedziałem, że nie należy za wiele się dopytywać i przyjąłem to do wiadomości.
Ale co to miało znaczyć, tego do dzisiaj nie wiem, gdyż nigdy więcej na ten temat z Mamą nie rozmawiałem. Nad obórką był stryszek, było tam siano i słoma. W pobliżu była studnia. W obórce przechowywano różne rzeczy. Czy Pan Musiałek o tym wiedział ? Same tajemnice... Stały tam kozy, może one ich wyżywiły? Wiele razy Mama kazała mi wieczorem odnieść do obórki torbę na obierki, żeby nie była w mieszkaniu, bo śmierdzi kozami. Odnosiłem posłusznie, w pospiechu, bo był wieczór i bałem się po ciemku chodzić. Torba była zawsze ciężka, ale co w niej było ? Nie wiem. Jak ci ludzie przetrwali tam zimę ? Nic nie wiem i nie ma się już kogo zapytać. Szkoda...

Po jakimś nieokreślonym czasie dorośli ustalili, że trzeba wyjść zobaczyć, co się dzieje.
Jakiś mężczyzna wyszedł i nie było go przez jakiś czas. Wreszcie wrócił, otworzył właz i zaczął krzyczeć: "wychodzimy, Ruscy, Ruscy są". Wszyscy zaczęli w pośpiechu wychodzić, ale ostrożnie wyglądaliśmy co to będzie. Pamiętam, że przeszedłem z podwórka przez bramę i na ulicy zobaczyłem czołg, na którym siedziało czterech bardzo umazanych na twarzy żołnierzy. Uśmiechali się do nas, witali z dorosłymi i zapanowała ogólna wesołość. Pytali dorosłych, czy są tu gdzieś Niemcy. Ale ich nigdzie nie było.
Po jakimś czasie wielu mieszkańców Białej, a może i wszyscy, zebrali się w pobliżu spalonej bożnicy.
Ktoś przemawiał, a na końcu śpiewaliśmy "Rotę". Nareszcie nie musieliśmy się bać.
Podczas tej uroczystości czołg z żołnierzami rosyjskimi stał w pobliżu. Kiedy skończyła się część oficjalna, zaczęła się "artystyczna". Rosjanie podjechali pod sklep, który dzisiaj nie wiem, czy był obok apteki, czy może apteka została zamknięta i w tym miejscu powstał. Wywalili drzwi, kilku z nich weszło do środka, zabrali co chcieli, a potem rzucił się tłum ludzi. Próbowałem też się tam dostać, ale nie miałem szansy.
Wyczekiwałem do chwili, aż wszyscy wyjdą. I wtedy nadeszła ciocia Antosia. Weszliśmy do ograbionego doszczętnie sklepu, w którym cała podłoga usłana była jakimiś małymi torebeczkami, po których się chodziło. Ciocia powiedziała, że to jakieś przyprawy. Na półkach nie było nic. Wszedłem na maleńkie zaplecze i tam zobaczyłem stojącą wielką blaszaną beczkę. Ciocia zdecydowała, że zabieramy tą beczkę, chociaż nie wiedzieliśmy, co w niej jest. Po otwarciu okazało się, że jest w niej karbid, którego się używało do lampek. I był to, jak się później okazało, jedyny zapas karbidu w mieście. Po początkowym "załamaniu" i zastanawianiu się, po co nam tyle karbidu, ciocia orzekła, że coś z tego będziemy mieli. Karbid okazał się bardzo "twardą" walutą wymienialną. Można go było wymienić na każdy prowiant, a szczególnie przydawała się mąka ze wsi, z której ciocia piekła bułki, a ja z Hanką sprzedawaliśmy je na rynku. I jakoś się żyło. Po kilku dniach od wyzwolenia, zakwaterowano nam w mieszkaniu dwóch żołnierzy rosyjskich.
Mama później mówiła, że to są zdegradowani za sprawy polityczne oficerowie. Przychodzili zawsze późnym wieczorem, kładli się na podłodze w kuchni na własnych jakichś posłaniach, a raniutko gdzieś wychodzili i nie było ich cały dzień. Byli tylko 2 - 3 dni. Mama później mówiła, już po ich odjeździe, że opowiadali, iż gdzieś złapali 8 żołnierzy niemieckich. Czterech rozstrzelali na miejscu, bo mieli znaczki SS, a czterech zabrali do niewoli.
Strona 2 z 4 < 1 2 3 4 >
:: Komentarze ::
Brak komentarzy.
:: Dodaj komentarz ::
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
:: Oceny ::
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
:: KLIKNIJ ::

JESTEŚMY NA FACEBOOKU


Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej
:: DREWNIANE DOMY ::

Link do albumu

Link do zestawienia fotografii
:: ZE STAREJ PRASY ::

Wieś Ilustrowana art. z 1910 r.- "Rawskie"
:: Shoutbox ::
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Piotr Klempnerowski
13.02.2012 15:30:18
Bardzo interesująca strona i pomysł na Stowarzyszenie. Gratuluję.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl