:: STRONA ::

:: STOWARZYSZENIE ::

:: ZAWARTOŚĆ STRONY ::

:: Logowanie ::
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
:: Dalsza część wspomnień Moja Biała Rawska Jacka Doleckiego ::




Wielki wybuch - ogromna tragedia - rozstanie z Białą Rawską

Tuż przed Wielkanocą 1945 roku, mogło to być w Niedzielę Palmową, albo w sobotę przed świętem, grupka dzieciaków pod nadzorem mojej ciotecznej siostry Hanki, która wtedy miała już 11 lat, a my po 5-7, udawała się na ciepłe stawy "na bazie". Przechodziliśmy koło szkoły, w której moja Mama, jako p. o. Kierownika Szkoły prowadziła zebranie organizacyjne dla rodziców przed rozpoczęciem nauki w szkole.



Ilustracja 24: Powierzenie obowiązków Kierownika Szkoły Marii Doleckiej z 24.02.1945 r.

W pewnym momemomencie żołnierze polscy stacjonujący w Białej zaczęli na podwórku szkolnym wystrzeliwać kolorowe rakiety. To było dla mnie bardziej interesujące niż zbieranie bazi i urwałem się od mojej wycieczki.
Żołnierze jeszcze przez chwilę strzelali rakiety, a później poszli do szkoły, gdzie prawdopodobnie kwaterowali. A my, chłopcy, zaczęliśmy łazić po okolicznych zaroślach, w poszukiwaniu pięknych, srebrzystych łusek po rakietach, które zawsze były obiektem naszegozainteresowania. Łażąc tak, ja i jeszcze dwóch lub trzech chłopców, zaszliśmy na jakąś łąkę lub ogródki za szkołą. Tam stała okrągła, betonowa studnia, przy samej ścianie szkoły.
Za ta studnią znaleźliśmy bardzo duży pocisk artyleryjski, który jak dokładnie pamiętam, miał czarny sam czubek. Z trudem podnieśliśmy go i na zmianę, po kolei, każdy go niósł. Był bardzo ciężki, niosło się go na rękach, na brzuchu. Doszliśmy z nim na podwórko szkolne, gdzie spotkała nas maluchów, grupa starszych chłopców. Oczywiście natychmiast odebrali nam tak cenne znalezisko i zaczęło się rozbijanie tego pocisku. Na końcu podwórza szkolnego stała duża, wysoka szopa. Przy niej leżała dość spora kupa kamieni. Chłopcy położyli pocisk na tej kupie i wszyscy waliliśmy w niego tymi kamieniami. Ale to nic nie dawało. Był niewzruszony. Jeden ze starszych chłopaków wyjął scyzoryk i dłubał nim w czarnym czubku. Udało mu się wydłubać jakieś srebrzyste kółeczka, do złudzenia przypominające mi pinezki, które nieraz widziałem w domu. Ten chłopak orzekł, że teraz już nic nam nie grozi i że teraz już nic nie wybuchnie.
Położono pocisk powtórnie na tą kupę kamieni i zaczęło się walenie w niego kamieniami. Ale kamieni brakowało. Dla starszych były,a dla nas młodszych nie. Razem z jakimś drugim chłopcem, trochę starszym ode mnie, odeszliśmy kawałek po kamienie. W momencie, kiedy kucnąłem po kamień, nastąpił straszliwy wybuch. Mnie i tego drugiego chłopca odrzuciło prawie do bramy podwórza. Leżeliśmy na ziemi i nie mogliśmy się ruszyć. On mnie pocieszał, żebym się nie martwił, bo tu na pewno zaraz przyjdą żołnierze i nam pomogą. Wokoło było jakoś cicho. Żadnych krzyków, jęków. A może tylko ja nic nie słyszałem po tym wybuchu?
I rzeczywiście, natychmiast zjawili się z pomocą żołnierze, a wraz z nimi rodzice, którzy byli na zebraniu w szkole. Do mnie pierwsza podbiegła ukochana Pani Halina Kaczmarow. Opowiadała mi, że trzymałem się za brzuch. Mówiła, że już wszystko dobrze, że już nic mi nie grozi. A potem wzięła mnie na ręce i niosła do wyjścia z podwórza. W tym momencie wraz z innymi rodzicami wybiegła Mama i razem z Panią Halina zaniosły mnie szybko do lekarki, która jak później słyszałem nazywała się Sielicka i mieszkała lub przyjmowała w domu, tuż za spaloną bożnicą. Kiedy Pani Doktor zaczęła mnie oglądać przyniesiono bardzo poszarpanego chłopca, prosząc głośno o ratunek. Widziałem, że był bardzo zakrwawiony. Pani doktor stwierdziła, że mnie chyba nic groźnego nie jest i wyniesiono mnie na korytarz, a zajęto się tym chłopcem.
Po niedługim czasie zajęto się ponownie mną, bo jak mi powiedziała Mama, ten chłopiec zmarł. Moje rany były niegroźne dla życia, ale bolesne. Jeden odłamek wpadł mi do prawego buta czubkiem, trochę rozciął duży palec i wyleciał środkiem buta. Natomiast z lewej nogi pani doktor wyjęła mi, jak później mówiła Mama, ponad 40 maleńkich odłamków. Natomiast zostały mi 3 duże odłamki w lewej nodze, dwa w udzie od wewnątrz i jeden nad kostką od strony wewnętrznej. Opatrzono mnie i odniesiono do domu. Dowiedziałem się, że wśród zabitych podczas wybuchu chłopców był m. innymi chłopiec o nazwisku Bagrowski. Mama Andrzeja Kaczmarowa znała się dobrze z Matką Bagrowskiego. Andrzej był ze swoją Mamą w domu p. Bagrowskiej po tym wybuchu i widzieli zabitego Jej syna.

Do dziś nie wiem dlaczego, ale leżałem po tym już nie w domu p. Musiałka, gdzie mieszkaliśmy, ale w domu naprzeciwko magistratu. Czy tam wtedy zamieszkaliśmy, czy może tam był jakiś szpital ?
Nie wiem. W każdym razie przed tym wybuchem mieszkaliśmy tam, gdzie cały czas. Po kilku dniach Mama poinformowała mnie, że wraz z tym chłopcem, który po wybuchu leżał ranny koło mnie, pojedziemy do szpitala w Tomaszowie, bo jest bardzo ranny w brzuch i grozi mu gangrena. Wieczorem załadowano nas na wojskowy samochód ciężarowy, gdzie leżeliśmy na dwóch kanapach i w drogę. Podczas jazdy w pewnym momencie samochód strasznie podskoczył tak, że spadliśmy z tych kanap. Okazało się, że przejechano na drodze świnię. Rano byliśmy w szpitalu. Tłok i ścisk, pełno chorych i rannych.
Był podobno tylko jeden lekarz chirurg i to Niemiec. Położono nas na sąsiednich stołach i przyszedł lekarz, który po badaniach stwierdził, że mnie nic nie jest i kazał mnie odnieść do sali, natomiast jego natychmiast operował. Jak słyszałem później, ten mój kolega wkrótce wydobrzał i wrócił do domu. W szpitalu leżałem kilka dni wraz z nim. Na zmianę opatrunków żołnierze - sanitariusze nosili nas w kocu. Zmiana opatrunków była bardzo brutalna i bolesna, lekarz na nas coś krzyczał, szarpał, ale widocznie dobrze leczył, bo wszystko skończyło się pomyślnie. Mimo wielokrotnych próśb mojej Mamy nie chciał wyjąć mi tych odłamków z nogi, mówił podobno, że to niebezpieczne. Mama rozgoryczona twierdziła, że to wstrętny szkop i nie chce mu się operować.



Ilustracja 25: Kwit depozytowy-wymiana pieniędzy - Maria Dolecka 28.02.1945 r.

Sześćdziesiąt lat później, w Warszawie, pokazała mi się na lewym kolanie jakaś dziwna żyła, jak żylak. Chirurg zdecydował się to operować. Okazało się, że to jeden z pozostałych w udzie odłamków uciska żyłę i krew płynie w odwrotną stronę. Drugi odłamek wyszedł mi sam, jeszcze w Tomaszowie.
Poprosiłem chirurga, aby przy okazji, jak już mnie uśpi, wyjął mi te pozostałe dwa odłamki i zachował je dla mnie na pamiątkę. Powiedział, że nie ma problemu i tak zrobi. Po operacji, kiedy zapytałem się o wyjęte odłamki, chirurg powiedział, że są tak umiejscowione, że lepiej ich nie ruszać. Wzywał nawet na konsultacje neurochirurga, ale tamten stwierdził stanowczo, że wyjmowanie tych odłamków jest bardzo niebezpieczne, bo można uszkodzić jakieś nerwy. I wtedy doceniłem wiedzę niemieckiego chirurga z Tomaszowa.
Te odłamki nigdy w życiu mi nie dokuczały i nie przeszkodziły nawet w uprawianiu wyczynowo lekkoatletyki.
Od opuszczenia Białej w 1945 roku byłem tam przejazdem trzy razy w latach 1980 - 2000. Dwa razy po kilkanaście minut pochodziłem po okolicy rynku, a trzeci raz postanowiłem być dłużej. Poszedłem do kościoła, koło magistratu, spojrzałem na stawy, byłem na cmentarzu, a wreszcie wszedłem z dużym oporem na podwórze szkolne, gdzie był ten tragiczny wybuch, podczas którego do dzisiaj nie wiem ilu chłopców zginęło i ilu było rannych. Poszedłem na tyły budynku szkolnego, gdzie wtedy znaleźliśmy ten nieszczęsny pocisk. I ku swemu ogromnemu zdziwieniu, zobaczyłem te same betonowe kręgi studzienne, gdzie leżał wtedy pocisk, tylko jakby trochę odsunięte od ściany. W tym momencie tamte wspomnienia odżyły tak mocno, że ranna noga zaczęła mnie strasznie boleć. Trwało to kilkanaście minut i przeszło bez żadnych skutków dalszych.

Strona 3 z 4 < 1 2 3 4 >
:: Komentarze ::
Brak komentarzy.
:: Dodaj komentarz ::
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
:: Oceny ::
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
:: KLIKNIJ ::

JESTEŚMY NA FACEBOOKU


Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej
:: DREWNIANE DOMY ::

Link do albumu

Link do zestawienia fotografii
:: ZE STAREJ PRASY ::

Wieś Ilustrowana art. z 1910 r.- "Rawskie"
:: Shoutbox ::
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Piotr Klempnerowski
13.02.2012 15:30:18
Bardzo interesująca strona i pomysł na Stowarzyszenie. Gratuluję.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl