:: STRONA ::

:: STOWARZYSZENIE ::

:: ZAWARTOŚĆ STRONY ::

:: Logowanie ::
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
:: Dalsza część wspomnień Moja Biała Rawska Jacka Doleckiego ::



Po wojnie - ziemie odzyskane i bialskie reminiscencje

Jak już pisałem, w szpitalu w Tomaszowie leżałem kilka dni. Wróciłem do domu strasznie zawszony.
Mieszkaliśmy u cioci Wandy, siostry Mamy, na Wilanowie, a później na Kaczce, gdzie Mama podjęła pracę w tamtejszej Szkole Podstawowej.



Ilustracja 26: Przeniesienie Marii Doleckiej z Białej Rawskiej do Kaczki 5.04.1945 r.

Wraz z nami, przez pewien czas mieszkała również Pani Halina Kaczmarow z dziećmi.
Jesienią 1945 roku wrócił z niewoli mój Tata. Po drodze, gdy dojechał do Rawy, od jakiegoś przygodnie spotkanego człowieka dowiedział się, że w Białej był straszny wybuch niewypału i kilkunastu chłopców zabiło, w tym chyba również syna nauczycielki, która wyjechała i mieszka teraz w Tomaszowie. Z tym strasznym przekonaniem przyjechał do cioci Wandy i tu dowiedział się radosnej prawdy. Późną jesienią pojechaliśmy już na "dziki zachód", do Wabienic k/Wrocławia. Ojciec objął wymarzone wielkie gospodarstwo, Mama kierownictwo Szkoły Podstawowej i znowu jak kiedyś na kresach wschodnich, teraz zagospodarowywali te okolice.
Ojciec, jako wykształcony rolnik i najstarszy stopniem wojskowy, we wsi osadników wojskowych, został wójtem gminy.
Mieliśmy duży dom, poniemieckie gospodarstwo wyposażone we wszystkie potrzebne i nowoczesne maszyny i ziemi można było uprawiać tyle, ile wzrok sięgał. Mieliśmy gdzie mieszkać i co zjeść. I wtedy odżyły okupacyjne przyjaźnie, zawarte na śmierć i życie.
Sprowadziła się do nas Pani Halina Kaczmarow z dziećmi: Hanką i Andrzejem. Ich mąż i ojciec nie wrócił jeszcze z wojny i byli w bardzo ciężkiej sytuacji. To właśnie Pani Halina opiekowała się nami - dziećmi podczas choroby, to Ona prowadzała nas w razie potrzeby do lekarza, a nawet przyprowadzała lekarza do domu i siedziała przy mnie cale dnie i noce, kiedy chorowałem na świnkę, a Mamy nie było w Białej. To Pani Halina pierwsza wbiegła na podwórko szkolne po tym wybuchu, wszczęła alarm wzywając pomocy, bo ludzie myśleli początkowo, że to żołnierze strzelają na wiwat. Biegała wśród rannych chłopców, pocieszała ich, a gdy nadbiegli ze szkoły rodzice, którzy byli na zebraniu, chwyciła mnie na ręce i jak pamiętam biegiem, najpierw sama, a później z moja Mamą, zaniosła mnie do dr Sielickiej. A widok porozrywanych chłopaków po wybuchu był podobno tak przerażający, że nie każdy mógł to znieść. Wielu ludzi nie odważyło się tam wejść. A Ona weszła i ratowała. Teraz dopiero przypominam sobie, że już jako dorosły człowiek, zapytałem się kiedyś Mamy, co się działo z tymi lekarstwami, które przywoziliśmy z Krakowa. Mama powiedziała mi, że zabierał je dla partyzantów "weterynarz", ale zawsze trochę brała Halina (przyp. moja Halina Kaczmarow), bo jej dzieciaki często chorowały. Nie przypominam sobie, żeby dzieciaki Pani Haliny tak często chorowały. Teraz już domyślam się, co z nimi robiła. Zgodnie z wykazem z książki E. Wawrzyniaka "Z dziejów rawskiego podziemia", była ona sanitariuszką w miejscowym oddziale AK, a zatem musiała mieć stale na stanie pewną "żelazną" rezerwę lekarstw. Dręczy mnie myśl, czy moja Mama o tym wiedziała, czy nie ?
Sprowadziła się do nas też Pani Henia Rychwalska z Andrzejem i Gosią. Jako wdowa,
była właściwie bez środków do życia. To były znowu wspaniale czasy naszego wspólnego dzieciństwa.
Po jakimś czasie wrócił z wojny p. Kaczmarow i p. Halina wyjechała z dziećmi do Łodzi, ale każde wakacje spędzaliśmy razem w Wabienicach. Pani Rychwalska wyprowadziła się do pobliskiego Bierutowa, gdzie mieszkała z Gosią i Andrzejem. Pracowała jako buchalter w Administracji Mieszkaniowej.

Gosia skończyła Liceum Pedagogiczne i była kierowniczką szkoły w Bierutowie, a Andrzej skończył studia w Wyższej Szkole Rolniczej we Wrocławiu i pracował jako hodowca.



Ilustracja 27: Wabienice ok. 1950 r. od l. Małgorzata Rychwalska, Hanna Kaczmarow, Hanna Wawrzyniak, Jacek Dolecki, Andrzej Kaczmarow

Andrzej Rychwalski w czasie okupacji, jako kilkunastoletni chłopak, podczas zabawy w lesie, gdzie chłopcy tłukli o drzewa butelki, stracił oko.
Niestety, odżyły mroki okupacji. Brat p. Rychwalskiej - Zdzisław, kilka dni przed zakończeniem wojny, po podpisaniu przez nich "volkslisty", traktowany jako obywatel niemiecki, został na siłę wcielony do armii niemieckiej. Zdezerterował po dwóch dniach, poddał się wkraczającym wojskom radzieckim, ale i tak został aresztowany i skazany później przez sąd na 6 lat więzienia.
Jego narzeczona, pani Bronia, czekała na jego wyjście z więzienia, wzięli ślub u nas, w Wabienicach, i wyjechali do Wysokiego Mazowieckiego, gdzie p. Zdzicho był później
pracownikiem banku, a może dyrektorem. Podczas jego odsiadki w więzieniu w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej, raz byłem z p. Bronią na odwiedzinach. Są to przykre wspomnienia.
Pani Henia Rychwalska przez wiele lat po wojnie była gnębiona przez ówczesne władze, za to podpisanie "volkslisty".
I nie pomagały żadne tłumaczenia i wyjaśnienia mojej Mamy w tej kwestii. A uzasadnianie tego podpisania korzyściami dla działalności konspiracyjnej Armii Krajowej, tylko pogarszało sytuację. Żądano innych dowodów, świadków, a takich przecież nie było, bo nic nie załatwiało się przy świadkach, ani na piśmie.
Po kilku latach, sprawa jakoś ucichła. Dzisiaj p. Henia, Gosia, Andrzej, p.Bronia i Zdzicho już nie żyją.
Byli to wspaniali ludzie, mogę to zaświadczyć całym swoim honorem.

Z Panią Henią Rychwalska byliśmy po wojnie tak zżyci, jak z najbliższą rodziną. Wzajemnie u siebie pomieszkiwaliśmy, świętowaliśmy i bardzo się kochaliśmy. Jak już opisałem, my mieszkaliśmy we wsi Wabienice. Stację kolejową mieliśmy w Bierutowie, gdzie mieszkała p. Rychwalska. Stamtąd dojeżdżało się do Oleśnicy i dalej do Wrocławia. Kiedy moja Mama oddała mnie do szkoły w Oleśnicy, dbając o moje lepsze wykształcenie, mieszkałem w internacie w jednym pokoju ze starszym ode mnie o kilka lat Andrzejem Rychwalskim, który opiekował się mną jak bratem. W 10 klasie Liceum zostałem wyrzucony z internatu i groziło mi dojeżdżanie pociągiem do Oleśnicy. W perspektywie 7 km pieszo z Wabienic do stacji kolejowej w Bierutowie. Wtedy p. Henia przygarnęła mnie jak syna i mieszkałem u niej w Bierutowie ok. pół roku. A z Gosią przetańczyliśmy cały mój bal maturalny.
Po studiach na AWF we Wrocławiu, podjąłem pierwszą pracę właśnie w Szkole w Bierutowie i znów zaopiekowała się mną p. Henia Rychwalska i Gosia, która była już kierowniczką szkoły. Tak to nasze losy się krzyżowały.



Ilustracja 28: Rok 1962 - od l. Hanna Wawrzyniak, NN, Bronisław Prus z córką Katarzyną, Maria Dolecka, Jadwiga Matwijczyk. Zdjęcie wykonane we Wrocławiu

W tym miejscu chciałbym opisać jeszcze jedną historię, która miała początek w Białej, a finał na Dolnym Śląsku. Po wojnie, bardzo dobrą działalność prowadził Polski Czerwony Krzyż. Pisali do niego wszyscy poszukujący swoich krewnych i znajomych, podając swoje namiary.
PCK kojarzyło te dane i ludzie się odnajdywali po strasznej zawierusze wojennej. W ten sposób odnaleźliśmy wielu swoich bliskich, a również nas wiele osób odnalazło. Między innymi odnalazł nas w Wabienicach, pochodzący z Białej Rawskiej, p. Bronisław Prus.
Znała go moja Mama i jej przyjaciółki. Wiedziały, że był w czasie okupacji w AK i w partyzantce, ale o tym się wtedy nie mówiło. Bronek, bo tak mi pozwolił na siebie mówić, jako młody chłopak, był przez całą okupację aktywnym członkiem AK, walczył jako partyzant w lesie. Po wojnie, z całym oddziałem ujawnili się ówczesnym władzom i jako zaznajomieni z bronią palną, zostali zatrudnieni w Milicji Obywatelskiej w Rawie Mazowieckiej.
Pewnego dnia, po powrocie z patrolu, zostali ostrzeżeni przez wartownika, że "bezpieka" robi czystkę wśród AK-owców i aresztowano już komendanta. Wtedy Bronek wraz z kolegą rzucili rowery i posiadaną broń i bez namysłu uciekli. Bronek wyjechał do Wrocławia, gdzie pracował jako taksówkarz,a później instruktor nauki zawodu w Technikum Samochodowym. Miał żonę Zofię i dwoje dzieci - Leszka i Kasię. Odwiedzali nas często w Wabienicach. Jako dość zamożni rolnicy, byliśmy materialną podporą ich mieszczańskiego żywota. Odpłacali mi się gościną we Wrocławiu, podczas moich studiów. Pod koniec lat 70-tych, Bronek przechodził na emeryturę. Dowiedział się, że gdyby został członkiem Związku Bojowników o Wolność
i Demokrację (ZBOWiD), to będzie miał doliczone do emerytury jakieś kilkadziesiąt procent. Zorientował się, że ma na to szanse i zgłosił swój akces do ZBOWiD-u. Polecono mu, aby poczekał, bo muszą wszystko sprawdzić. Był rok chyba 1979. Po kilku tygodniach oczekiwania, Bronek został zatrzymany przez milicję.
Okazało się, że po sprawdzeniu w archiwach ustalono, ze Bronisław Prus jest poszukiwany jako dezerter z bronią w ręku. Długo biedny Bronek - po czterdziestu latach - musiał wyjaśniać całą sprawę, ale w końcu skończyło się tylko na tym, że nie przyjęto go do ZBOWiD-u.

A w roku 1981, w stanie wojennym, co kilka dni odwiedzał go dzielnicowy. Robił przeszukania mieszkania, bo Bronek cały czas był podejrzany. Nasze kontakty z p. Prusami urwały się po śmierci mojej Mamy w 1991 roku i nie wiem co się z nimi dzieje. Wiem, ze w Białej mieszkała rodzina Bronka Prusa, m. in. jego siostra, nazwiska jej nie znam, której syn Januszek zginął w tym okropnym wybuchu na podwórku szkolnym.



Ilustracja 29: Jadwiga Prus - siostra Bronisława Prusa ps. Konrad

Bronek często z moją Mamą wspominali różne zdarzenia z czasów okupacji z Białej. Unikali przy tym raczej świadków tych rozmów, ale ja jako bardzo ciekawski, nieraz coś podsłuchałem. I słyszałem kiedyś, jak Mama zapytała Bronka wprost, jak to było właściwie z tym Rzeźnickim.
Czy on naprawdę był taki odważny i taki "ura bura"? Bronek odpowiedział w tym
stylu: "Pani Mario, Rzeźnicki to był kozak nad kozakami. Siedzimy raz u Kaczorowskiego pod wieczór. Było nas sześciu. Na dworze szaruga i ziąb, że nie chce się wyjść, a co dopiero maszerować na melinę kilka kilometrów.
Pijemy coś ciepłego i gadamy. Każdy pod kapotą ma broń. Aż tu nagle otwierają się drzwi i wchodzi dwóch Niemców z bronią, żandarmów z Rawy. Nasza czujka ich przepuściła, bo nie wiedzieli co robić. Niemcy weszli i stanęli jak wryci, gdy nas zobaczyli. Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie bez słowa. Kaczorowski zapytał "Sznaps ?", oni odpowiedzieli: "Ja" i podeszli do lady, cały czas nas obserwując. Na to Rzeźnicki wyjmuje spod kurtki "maszynę" i kładzie z hukiem na stole. Niemcy szybko wypili wódkę, zapytali Kaczorowskiego czy "Alles gut" i wyszli. Byli motocyklem. Przez cały czas czułem, jak mi się włos zjeżył i jak mi pot cieknie po plecach ze strachu. A Rzeźnicki: "No to jeszcze po kielichu i w drogę".

Innym razem miałem z Rzeźnickim przejąć jakiś delegatów z Komendy Głównej z Warszawy. Mieli podać hasło. Poszliśmy do umówionej stodoły w jakiejś wsi, już dzień wcześniej, żeby w ostatniej chwili nie wzbudzać podejrzeń. Było nas tylko dwóch. Ci delegaci mieli przyjść następnej nocy, wiec wymościliśmy sobie porządne posłanie i śpimy na zmianę, jeden czuwa, drugi śpi. Nagle Rzeźnicki budzi mnie, że coś się dzieje. Ktoś przyszedł. Rzeczywiście, widzimy w ciemnościach, że ktoś się skrada po sianie.
Heniek krzyknął "Stój, bo strzelam." Tamten położył się i pyta "Kto ty". Heniek odpowiada "A kto ty" i tak sobie gadają kilka minut. Nas jest dwóch, mówi Heniek. Słyszymy, jak tamten przeładował pistolet.
Robi się gorąco. Leżymy tak bez słowa godzinę, może dłużej. Nagle Heniek każe mi uważać na tamtego, a sam wycofuje się i znika w ciemnościach. Wypatrywałem naszego gościa, mało mi oczy nie wylazły. Nagle słyszę w tym miejscu, gdzie leżał nasz nieproszony gość, jakąś szamotaninę. Krzyknąłem, nie ruszaj się, co się tam dzieje. A na to odezwał się Heniek, że to on i że już będzie spokój. Po chwili wrócił do mnie i powiedział, że już będziemy mieli spokój z tym gościem. Na moje pytanie, co z nim zrobił, odpowiedział, że go związał i zakneblował, a rano sprawdzimy kto to. Rano wyjaśniło się, że był to jeden z tych oczekiwanych przez nas wysłanników Komendy Głównej, drugi gdzieś się zagubił w drodze, bo szli oddzielnie. A ten nasz pomylił dni i przyszedł jeden dzień wcześniej. Dobrze, że nikt nie stracił głowy i nie doszło do strzelaniny. A jak się Heńkowi udało go podejść, to tylko jego tajemnica." Tak to opowiadał Bronek Prus swoje partyzanckie przeżycia, wiele lat po wojnie.

Teraz została nas tylko trójka: Hanka Kuran - Kaczmarow, mieszka w Łodzi, Andrzej Kaczmarow, który mieszka we Francji i ja w Warszawie. Cały czas czujemy bardzo mocne więzy przyjacielskie, bez względu na odległości, jakie nas dzielą. Czasy pobytu w Białej Rawskiej wspominam z sentymentem, jak to młodość.

Jacek Dolecki



Strona 4 z 4 < 1 2 3 4
:: Komentarze ::
Brak komentarzy.
:: Dodaj komentarz ::
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
:: Oceny ::
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
:: KLIKNIJ ::

JESTEŚMY NA FACEBOOKU


Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej
:: DREWNIANE DOMY ::

Link do albumu

Link do zestawienia fotografii
:: ZE STAREJ PRASY ::

Wieś Ilustrowana art. z 1910 r.- "Rawskie"
:: Shoutbox ::
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Piotr Klempnerowski
13.02.2012 15:30:18
Bardzo interesująca strona i pomysł na Stowarzyszenie. Gratuluję.


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl